Po niedawnej strzelaninie w regionie Brukseli, tamtejsza prokuratura zapowiedziała, że nie będzie już więcej tolerować w stolicy „stref bezprawia” i że wkrótce wprowadzone zostaną tzw. szybkie sądy. „Powrót do polityki zerowej tolerancji”, „Wielka debata wokół bezpieczeństwa w Brukseli”, tak brzmią tytuły francuskojęzycznej prasy. Według niej, dla partii ekstremistycznych ostatnie wypadki to prawdziwa „manna z nieba”. Sądzi też, iż wydarzenia te mogą poróżnić ludność flamandzką i francuskojęzyczną. „Jednogłośność partii politycznych i komentatorów flamandzkich w ocenianiu Brukseli jako siedliska przemocy opiera się w dużej mierze na przekonaniu, że region Brukseli, zarządzany głównie przez ludność frankońską, zamieni się nieuchronnie w ‘rynsztok’ pozbawiony goed bestuur (dobrego zarządzania)”. „Mało tego, to wrogie nastawienie wykrzywia obraz Brukseli, w której, bądź co bądź, warunki do życia są znakomite”, donosi Le Soir. Zdaniem flamandzkiego dziennika De Morgen, brak „skutecznej polityki” wynika z faktu, iż „Bruksela jest prawdziwym potworem administracyjnym, gdzie jedenaście różnych rządów podważa nawzajem swoje kompetencje, a dziewiętnaście gmin [regionu stołecznego] oraz sześć stref policyjnych uniemożliwia jakiekolwiek współdziałanie”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?