Około 10 tys. ludzi wyszło w sobotę na ulice Kaliningradu, by zaprotestować przeciw podwyżkom cen. Gazeta Wyborcza, która o tym informuje, podkreśla, że „tak licznej demonstracji opozycyjnej w Rosji nie było od dziewięciu lat”. Manifestanci domagali się nie tylko dymisji rządu, ale też przywrócenia wyborów na gubernatora obwodu (wyznaczony przez prezydenta Putina Georgij Boos jest bardzo niepopularny). Przywódcą protestu jest czterdziestoletni elektryk Maksim Doroszok – szef ruchu „Solidarnost”, który nie kryje się ze swoimi sympatiami dla polskiej „Solidarności” i zaznacza, że Kaliningrad to najbardziej europejska część Federacji Rosyjskiej. „U nas panuje inny duch, tu wieje wiatr od Gdańska”, przekonuje. A przyczyny protestów wyjaśnia tym, że mieszkańcy Kaliningradu czerpią wiedzę o świecie nie z państwowej telewizji, lecz z wyjazdów do sąsiedniej Polski, gdzie – jak mówi – „przeprowadzono reformy, jest demokracja, ludzie zarabiają i działają instytucje obywatelskie”. W sobotniej demonstracji wzięli udział przedstawiciele wszystkich ugrupowań politycznych poza prorządową partią Jedna Rosja.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?