Timpul, 13 stycznia 2010.
Wybiła „Europejska godzina dla Mołdawii”, jak pisze w tytule dziennik Timpul nazajutrz po zakończeniu w Kiszyniowie pierwszej tury negocjacji w sprawie umowy stowarzyszeniowej między UE a byłą radziecką republiką. Porozumienie, już teraz śmiało okrzyknięte „wydarzeniem roku”, przewiduje udzielenie większej pomocy gospodarczej, stowarzyszenie polityczne, a także nieodległą liberalizację reżimu wizowego. Umowa, podobna do tej zawartej w 2005 r. z Ukrainą, „nadaje ton na cały 2010 r. i przestawia wskazówki mołdawskich zegarków na czas europejski”. Kolejna tura negocjacji ma się odbyć w marcu w Brukseli. Proces ten będzie kontynuowany niezależnie od wyniku przyśpieszonych wyborów parlamentarnych zaplanowanych na wiosnę, zaznacza Timpul.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?