Miarka się przebrała. Po tym, jak dwóch imigrantów pracujących na polach pod Rosarno w Kalabrii, wykorzystywanych przez n’dranghetę (tamtejszą mafię) i mieszkających w fatalnych warunkach, zostało ranionych z wiatrówki przez nieznanych sprawców, setki im podobnych, przybyłych tu w poszukiwaniu lepszego życia z Afryki, wyszło na ulice, by wyładować swój gniew na wszystkim, co stanęło na ich drodze. Nazajutrz przemoc została opanowana, ale imigranci z sąsiednich miast zorganizowali wielką manifestację przed siedzibą lokalnej administracji, która ze względu na swoje powiązania mafijne znajduje się pod bezpośrednim nadzorem Rzymu. Podczas gdy urzędnicy i pracownicy społeczni wskazują na brutalne traktowanie robotników przez mafię, minister spraw wewnętrznych Roberto Maroni uderzył w swoje ulubione tony, powiedział o „zbyt wielkiej liczbie nielegalnych imigrantów”, których obecność „przyczynia się do wzrostu przestępczości”. Tymczasem komentator dziennika Corriere della Sera, Angelo Panebianco, przypisuje winę za sytuację rosnącej polaryzacji opinii na temat imigrantów: „Nie brakuje lekkomyślnych polityków, ksenofobów, liberałów, nadmiernie gościnnych księży i sędziów, którzy mnożą tylko problemy”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?