„De Gucht nie może już jechać do Konga”, pisze w tytule De Standaard. Tamtejsze ministerstwo spraw zagranicznych poinformowało obecnego sekretarza europejskiego ds. rozwoju (a przyszłego komisarza ds. handlu), że jest osobą niepożądaną w Demokratycznej Republice Konga. Kinszasa ma mu za złe, że podczas grudniowej debaty w Parlamencie Europejskim skrytykował kongijskie władze za to, że „nie rewanżują się” Europie za jej pomoc. Rzeczywiście, pisze De Standaard, mógł się zachować trochę bardziej dyplomatycznie, ale „w gruncie rzeczy powiedział szczerą prawdę”. Zresztą pewnie i bez tej wypowiedzi De Gucht nie mógłby liczyć na życzliwość. Kinszasa ma z nim stare porachunki. To on „oświadczył w 2004 r., że nie spotkał w Kongu kompetentnych polityków”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?