Prezydent Islandii Ólafur Grimsson „wprawił światowy rynek finansowy w osłupienie, odmawiając złożenia podpisu pod ustawą”, pisze dziennik Times. Ustawa, o której mowa, nakreśla plan spłat pożyczki w wysokości 3,6 miliarda funtów i uchwalona została przez parlament tego kraju w zeszłym roku, gdy Wielka Brytania oraz Holandia gwarantowały lokaty ponad 400 tysięcy inwestorów dotkniętych upadkiem Icesave, internetowej spółki zależnej drugiego największego banku w Islandii. Stawiając weto, prezydent oznajmił, że „kwestia zostanie rozstrzygnięta w drodze referendum wśród 243 tysięcy islandzkich wyborców”, którzy tak czy inaczej będą musieli spłacić dług w ciągu 15 lat. Brytyjski minister do spraw usług finansowych, lord Myners, ostrzegł Islandczyków, mówiąc ponurym tonem, że grozi im „status pariasa”. Islandia „zaszkodziłaby swoim stosunkom z UE, gdyby nie spłaciła długu”, oznajmił.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?