„Europa może się stać Szwajcarią świata”, bije na alarm Guy Verhofstadt w komentarzu opublikowanym w tym samym dniu przez belgijskie dzienniki Le Soir i De Morgen. Szef frakcji liberalnej w Parlamencie Europejskim i były premier Belgii stwierdza w związku zakończonym szczytem klimatycznym w Kopenhadze, że „wielkie mocarstwa nie słuchają już Europy”. Mimo traktatu lizbońskiego, który miał sprzyjać powstaniu europejskiej dyplomacji, UE została w gruncie rzeczy wykluczona z końcowych negocjacji. Guy Verhofstadta uważa, iż „jest to znak, że Unia europejska powinna stać się federacją polityczną. Kraje członkowskie nie mają tak naprawdę wyboru: albo będą wyrażać swoje stanowisko za pośrednictwem struktur europejskich, albo nikt już nie będzie ich słuchał”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?