Po 32 dniach głodówki prowadzonej na lotnisku Lanzarote (na Wyspach Kanaryjskich) saharyjska aktywistka Aminatu Haidar wróciła dziś do swej ojczyzny – na terytorium, do którego prawa rości sobie Maroko, podczas gdy Hiszpania popiera przeprowadzenie referendum w sprawie niepodległości. 14 listopada marokańskie władze wydaliły czterdziestodwuletnią Haidar i mogła ona wrócić do kraju dopiero teraz, między innymi dzięki francuskiej interwencji. To „jedyne możliwe rozwiązanie kryzysu wywołanego niesprawiedliwą decyzją rządu marokańskiego i współpracą ze strony hiszpańskiego, której towarzyszy mnóstwo niejasnych punktów”, zauważa El País.
To rozwiązanie, jak dodaje madrycki dziennik, „zapobiegło ludzkiej tragedii”, ale wykazało również „słabość zasad wzajemnych stosunków między Hiszpanią a Marokiem”. Gazeta oskarża ten drugi kraj o to, że w niemający usprawiedliwienia sposób dręczył Haidar, która wyjechała, aby odebrać w Stanach Zjednoczonych nagrodę przyznaną jej za obronę praw człowieka. Tym samym władze pokazały, że „represje wobec Saharyjczyków są wciąż na porządku dziennym”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?