Pierwsze strony gazet w całej Europie pełne są zdjęć okrwawionej twarzy Silvio Berlusconiego, zaatakowanego podczas wiecu w Mediolanie. Wychodzący właśnie w tym mieście dziennik Il Giornale wykorzystuje tę okazję do frontalnego ataku na opozycję. To ją obwinia o zainspirowanie tego okropnego czynu, wymierzonego we właściciela tytułu. „Front nienawiści wobec Il Cavaliere wydał swoje pierwsze owoce”, pieni się Alessandro Sallusti. „Przemoc wobec Berlusconiego to nie przypadek. Istnieje strategia uknuta przez gazety, polityczne gabinety i nieodpowiedzialne programy telewizyjne”, dodaje złowieszczo. Tymczasem należący tradycyjnie do najzacieklejszych krytyków szefa włoskiego rządu dziennik La Repubblica, podobnie jak większość opozycji, ma dla niego współczucie. „Przyjaciele i wrogowie (…) muszą wyrazić solidarność z premierem. Prawo Berlusconiego do własnych poglądów i polityki jest zbieżne z naszym prawem, by go krytykować. Ta wolność nazywa się demokracja: brońmy jej”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?