Choć na razie to tylko plotki, wiadomość o debacie na temat europejskiego podatku bezpośredniego dotarła nawet na pierwszą stronę dziennika Die Presse. Komisja Europejska, zmęczona corocznymi bataliami z krajami członkowskimi niechętnie łożącymi do wspólnej kasy, naciskana przez koalicję „płatników netto” (Niemcy, Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg) chce ustanowić własne podatki. Według wiedeńskiej gazety kwestia, która co roku „wypływała jak potwór z Loch Ness w brukselskim stawie, a znika równie szybko, jak się pojawiła”, tym razem może zostać na dłużej. Komisja ostrzega, że osłabienie ekonomiczne spowodowane kryzysem finansowym mogłoby doprowadzić do zadłużenia sięgającego 100% PKB Unii Europejskiej. W takiej sytuacji Komisja musi albo zmniejszyć budżet (wynoszący obecnie 116 miliardów euro), albo wprowadzić własne daniny. Rozpatrywane są ich trzy źródła: podatek od transakcji finansowych, podatek od wartości dodanej oraz podatek od paliw.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?