„Każdy obywatel ma prawo do Internetu”, pisze w tytule De Standaard, nawiązując do porozumienia zawartego między Parlamentem Europejskim i Radą w sprawie rozpatrywanego przez europosłów „pakietu Télécomu”. Dostawcy Internetu (ISP) będą mogli odcinać dostęp do sieci klientom pod warunkiem dopełnienia procedury sądowej zgodnej z Europejską Konwencją Praw Człowieka (ECHR).
Unia Europejska, dodaje dziennik, „przyznała tym samym, że Internet jest niezbędnym instrumentem realizacji podstawowych praw, takich jak dostęp do informacji i wolność słowa”, a zajęła takie stanowisko „mimo silnego lobbingu przemysłu muzycznego i filmowego”. Do tej pory artysta, który uważał, że jego prawo autorskie zostało naruszone, mógł domagać się od dostawcy Internetu odcięcia od sieci swojego klienta. De Standaard podkreśla, że „tylko w wyjątkowo poważnych przypadkach, takich jak pornografia dziecięca czy terroryzm będą możliwe odstępstwa od procedury”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?