„Solidarność eurobiedoty” głosi tytuł na pierwszej stronie Gazety Wyborczej. Dziennik podsumowuje w ten sposób toczący się na unijnym szczycie spór wokół emisji CO2. Kraje „starej” Unii chcą by koszty zmniejszania szkodliwych wyziewów dzielono równo. Tymczasem Polska stojąca na czele koalicji nowych państw Unii walczy o to, aby główny ciężar walki z globalnym ociepleniem wzięli na swoje barki bogatsi Europejczycy. „Nasza gospodarka jest oparta na węglu, emitujemy więcej, ale nie możemy wciąż płacić za trudniejszą historię, która skazała nas na to zacofanie”- cytuje argumenty strony polskiej warszawski dziennik. Przedstawiciele krajów środkowoeuropejskich dodają, że pogrążona w kryzysie Łotwa nie powinna łożyć na Indie, wschodzące mocarstwo ekonomiczne.
Z nieoficjalnych informacji wynika, że po 2012 r Polska może wesprzeć unijne wysiłki na rzecz ograniczania emisji CO2 w biedniejszych krajach kwotą 230 mln euro rocznie. Do 2012 r. Warszawa jest gotowa dokładać co roku jedynie 10 mln, co jest kroplą w porównaniu z kilkoma miliardami euro, jakie Unia zamierza wydać na redukcję emisji CO2 na świecie. Argumenty nowych krajów członkowskich nie przekonują jednak wszystkich. "Dzisiaj Polska jest wśród 50 najbogatszych państw, ale nie zawsze tak było. Kiedyś wiele państw okazało Polsce solidarność. Dziś Polska powinna pomagać innym" – napisał do przywódców UE biskup Desmond Tutu, laureat pokojowego Nobla z RPA. I wezwał premiera Donalda Tuska, by „porzucił wąskie i zaściankowe interesy”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?