W Brukseli, na szczycie strefy euro, UE miała do wyboru: „zdobyć się na zryw albo popaść w chaos”, ocenia Libération. „Spekulacyjne szaleństwo zmusiło [Europę] do podjęcia działań, przed którymi jeszcze niedawno bronili się zawzięcie politycy poszczególnych krajów. W gruncie rzeczy Unia stała się federacją. I będzie się nią musiała stawać coraz bardziej”, pisze w komentarzu dziennik. „Na razie ‘Stany Zjednoczone Europy’ to tylko fabryki walutowe i finansowe, wymyślane w popłochu zabiegi, które mają pozwolić załatać dziury w strefie euro. Ale najważniejsze mamy już za sobą: europejscy przywódcy, z Angelą Merkel i Nicolasem Sarkozym na czele, zrozumieli, że lepiej zapisać się w podręcznikach historii jako wskrzesiciel Unii niż jako jej grabarz. Teraz trzeba jeszcze oczyścić polityczny teren. Kraje członkowskie muszą wyjść z jakże uspokajającego stadium międzyrządowego i odstąpić choć trochę władzy Parlamentowi Europejskiemu”, podsumowuje dziennik.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?