Ostatni mieszkańcy belgijskiego miasteczka Doel, a jest ich zaledwie około 30, muszą do końca września opuścić swoje domy. Jeśli sami tego nie zrobią, pomogą im w tym buldożery. Położona pośród polderów na zachodnim brzegu Skaldy miejscowość, która jeszcze w latach 70. minionego wieku liczyła 1300 mieszkańców, stopniowo kurczyła się wraz z rozrastaniem się Antwerpii, jednego z największych portów w Europie. „Doel stało się miasteczkiem widmem: opustoszałe ulice, zniszczone domy, ściany pokryte graffiti, zamknięte sklepy i punkty usługowe”, pisze Le Soir. Ci nieliczni, którzy są zdecydowani pozostać w swoich domach, założyli stowarzyszenie „Doel 2020” walczące o ocalenie miasteczka. Mimo złożonych petycji i skarg sądowych, firma LSO, nowy właściciel terenu, domaga się nadal, by się stamtąd wynieśli.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?