Austria, zajmująca dwunaste miejsce w dorocznym światowym rankingu Transparency International poświęconym korupcji, zdaje się prezentować nienajgorzej. A jednak Die Presse wzywa klasę polityczną do samokrytyki i stawia głośno pytanie, czy republika alpejska nie przypomina trochę republiki bananowej. Wszystko dlatego, że ostatni raport tej zwalczającej korupcję organizacji pozarządowej piętnuje nader bliskie związki austriackiego świata polityki z sektorem bankowym. I tak na przykład władze instytucji kontrolnych, takich jak komisja nadzoru finansowego (FMA), mianowane są przez polityków. „Już w lepszym momencie nie mogli zaatakować. W ubiegły wtorek Rada Ministrów mianowała na następną kadencję obecnego szefa FMA”, zauważa wiedeński dziennik. Zdaniem gazety „ocena Transparency International zbyt wielu Austriaków nie zdziwi. Sektor bankowy podzielony jest od dziesiątków lat na dwa bloki: czerwony i czarny [nawiązanie do barw dwóch największych partii politycznych]. Nawet babcią klozetową nie można w nich zostać, jeśli się nie ma legitymacji jedynie słusznej partii. Przykro, że dostrzegli to międzynarodowi tropiciele korupcji”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?