Ustawa antypiracka, która weszła w życie w Szwecji 1 kwietnia tego roku, nie przyniosła spodziewanego odstraszającego skutku. „Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI) zapowiadała wtedy całą serię procesów. Minęło pół roku i wciąż nic się nie dzieje”, stwierdza francuski dziennik Libération. Szwedzka ustawa (lub dyrektywa Ipred) pozwala właścicielom praw autorskich i przedstawicielom policji zwrócić się do sądu z prośbą o uzyskanie od dostawców usług internetowych (ISP) informacji o internautach podejrzewanych o nielegalne pobieranie treści z sieci. Tyle że większość tych dostawców odmawia – w imię obrony interesów klientów. Co wcale nie oznacza, że z ustawy nie ma żadnych pożytków. „Mimo braku wyraźnych skutków prawnych, efekt odstraszający jest oczywisty”, ocenia w rozmowie z gazetą dyrektor wykonawczy IFPI. Szwedzi pobierają mniej materiałów z sieci i zaczęli w większym stopniu korzystać ze stron oferujących legalne nagrywanie. 100 000 internautów wybrało natomiast IPREDator, serwis proponowany przez Pirate Bay gwarantujący anonimowość w sieci.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?