Bóg był po stronie diabelskich Francuzów
Francja pojedzie na finały piłkarskich mistrzostw świata, ale nie jest z tego dumna. L’Equipe pisze w tytule o „ręce Boga”, ale zdjęcie Thierry’ego Henry’ego, który przyjmuje piłkę ręką w decydującej akcji, po której padł gol eliminujący Irlandię, w żadnej mierze nie jest dla niego hołdem. Zaś te słowa, użyte przez Argentyńczyka Maradonę dla usprawiedliwienia bramki strzelonej ręką, są dla miłośników futbolu synonimem wyrachowania i nieuczciwości. „Dwie godziny gry powinny skłaniać les Bleus do jak najdalej posuniętej skromności: nie są oni wielkim zespołem. Zresztą czy w ogóle tworzą jakiś zespół?”, pyta czysto retorycznie sportowy dziennik nazajutrz po meczu rozegranym w Paryżu. Jeśli chodzi o głosy z drugiej strony, to Irish Independent potępia „kradzież z bronią w ręku”.
W obliczu kryzysu i bezrobocia młodzi Litwini postępują tak samo, jak niegdyś ich przodkowie – emigrują. Dziesiątki tysięcy z nich opuściło kraj w poszukiwaniu lepszego życia, głównie na Wyspach Brytyjskich i w Skandynawii, pisze tygodnik Veidas.
Kolejne spotkanie eurogrupy, które odbyło się 9 lutego nie wystarczy, aby oddalić widmo greckiego bankructwa. Jeśli Grecja jest w dużym stopniu odpowiedzialna za kryzys, UE i jej partnerzy także w niemałym stopniu się do niego przyczynili. Ich przekazy wprowadzają zamieszanie, a brak strategii zamienił rozwiązywalny problem w mieszankę wybuchowa.
Dwa obozy, dwie tezy, dwie wizje Francji. Osiemnaście lat po rzezi 800 000 Tutsi wciąż wzbudza emocje i kontrowersje rola, jaką odegrał w niej Paryż. Spojrzenie na nią zmienia się wraz z postępującym śledztwem.