Nie potrzeba nawet godziny lotu z Europy, by znaleźć się tam, gdzie już od czterech miesięcy tyran prowadzi wojnę z własnym narodem. Setki cywilów padły ofiarą aresztowań, tortur, gwałtów, egzekucji, bombardowań ze strony oddziałów syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada. A wszystko to dokonuje się przy niemal całkowitym milczeniu, jeśli nie wprost obojętności, reszty świata.
Europa wprawdzie nałożyła sankcje – obejmujące zasadniczo ograniczenia swobody podróżowania syryjskich przywódców, restrykcje dotyczące sprzedaży broni i zawieszenie pomocy ekonomicznej – jednak nie przyniosły one żadnego efektu.
Paru nielicznych przywódców, na przykład brytyjski premier David Cameron, zażądało od syryjskiego reżimu zaprzestania stosowania przemocy, ale nie było to wsparte rzeczywistymi groźbami. Co się tyczy intelektualistów, to ich apel do UE, „aby zapobiec masakrze w Syrii”, jak na razie nie przekłada się na taką mobilizację, jaką widzieliśmy w przypadku Libii.
A tymczasem warunki na rzecz interwencji w Syrii są spełnione w dużo większym stopniu niż w momencie, gdy nasunęła się kwestia takich działań w Libii, stawką nie jest już nawet ochrona ludności – jak swego czasu mieszkańców zbuntowanego miasta Benghazi – której grozi się użyciem siły, co wystarczyło do przekonania ONZ, aby dała zielone światło dla nalotów. Tutaj używa się siły już od dłuższego czasu.
Dlaczego więc UE nie reaguje bardziej stanowczo? Czy stoi za tym brak obrazów mogących wzbudzać emocje i oburzenie, będących paliwem takiej reakcji? Być może. I nie jest to przypadek, że krajem, który z największą stanowczością – i wiarygodnością – domaga się zaprzestania przemocy i demokratycznych reform, jest Turcja.
Bo to właśnie na tureckiej granicy gromadzą się tysiące syryjskich uchodźców uciekających przed walkami, którzy przedstawiają swoje relacje. A są to równie rzadkie, co i cenne świadectwa, jako że reżim w Damaszku całkowicie odciął dostęp do kraju prasie i niezależnym obserwatorom.
Ale jest również świadomość, że nie dysponujemy po prostu środkami pozwalającymi wywrzeć presję na al-Asada, aby położył kres represjom – o oddaniu władzy w ogóle nie ma co mówić – nie ma dyplomatycznego konsensusu (Pekin i Moskwa sprzeciwiają się wszelkiej interwencji), a więc i możliwości przyjęcia przez Radę Bezpieczeństwa ONZ jakiejkolwiek rezolucji w tym duchu.
Toteż trudno się łudzić, że libijski scenariusz da się powtórzyć. Droga sankcji ekonomicznych – UE jest głównym partnerem handlowym i donatorem funduszy dla Syrii – ukazała już swoje ograniczenia. Pozostaje dyplomacja. Skoro sama UE zdaje się nie mieć dostatecznego wpływu, to powinna z tym większym przekonaniem wspierać inicjatywy Ankary, niezbędnego sojusznika w regionie, gdzie tak trudno jej znaleźć swoje miejsce.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?