Traktat lizboński daje między innymi większe uprawnienia Parlamentowi Europejskiemu. W tym tygodniu izba przetestowała je w wyjątkowo delikatnej kwestii, mianowicie budżetu, a wiadomo, pieniądz jest nerwem wojny. Zaczęło się od postulatu reformy finansowania Unii, opartego na wprowadzeniu nowych podatków, aby zapewnić jej środki na miarę ambicji. Następnie parlament przegłosował zwiększenie budżetu o 5,9 proc. – a to niemal dwukrotność tego, czego życzyły sobie państwa członkowskie.
W ślad za tym europosłowie zawarli międzyinstytucjonalne porozumienie ramowe z Komisją, które przyznaje im więcej uprawnień, zwłaszcza w negocjacjach międzynarodowych i gdy chodzi o dostęp do dokumentów niejawnych. To porozumienie jest kwestionowane przez Radę, która nie uczestniczyła w dotyczących go negocjacjach (jako że sama się z nich wyłączyła), a teraz zapowiedziała, że zaskarży do Trybunału Sprawiedliwości „każdy akt Komisji lub parlamentu podjęty z zastosowaniem niniejszej umowy, który niósłby za sobą uszczerbek dla jej interesów albo prerogatyw”.
Parlament uświadomił sobie tym samym, jakie nowe uprawnienia przyznaje mu traktat lizboński, i wydaje się, że zamierza z nich korzystać, przeciągając na swoją stronę tak duży kawałek kołdry, jak się tylko da. Komisja zdaje się zgadzać z taką linią i ją popierać. Tylko Rada, w której bezpośrednio reprezentowane są państwa członkowskie, wydaje się bardziej tracić niż zyskiwać na nowych zasadach. Można odnieść wrażenie, że prowadzi bitwę na tyłach o zachowanie status quo. W nowych ramach instytucjonalnych trzej aktorzy starają się dopasować do zmienionych reguł gry. I wygląda na to, że wybrańcy narodu zaczęli z wysokiego C, aby narzucić swoje własne.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?