Coś się ruszyło w Europie. Na razie są to tylko pierwsze podrygi, ale sygnały wydają się jasne: pomiędzy duetem „Merkozy”, który faktycznie przechwycił stery w eurolandzie, od czasu gdy kryzys zadłużeniowy zagraża przetrwaniu wspólnej waluty, rozpycha się „ten trzeci”.
Mario Monti – mianowany na gwałt, gdy Włochy stały na krawędzi niewypłacalności i istniało zagrożenie, że pociągną euro za sobą – wygląda na zdeterminowanego, aby przywrócić Rzymowi – wszak to trzecia gospodarka strefy jednolitego pieniądza – miejsce w Europie, o które jego poprzednik nie dbał z braku zainteresowania i wiarygodności.
Wychwalane przez włoską prasę wejście do gry byłego komisarza europejskiego – ten, w odróżnieniu od Silvio Berlusconiego, cieszy się za granicą wyjątkowym prestiżem – to dobra wiadomość.
Po pierwsze, dlatego, że porozumienie między Berlinem i Paryżem było bardziej podyktowane wymogami konieczności – potrzebą udzielenia odpowiedzi na kryzys – niż powinowactwem pomiędzy Angelą Merkel a Nicolasem Sarkozym, za którym stałby jakiś wolny wybór. Niemiecka kanclerz i francuski prezydent nigdy zresztą nie przedstawili wspólnej wizji przyszłości euro albo Europy, mogącej wzbudzić zapał ich partnerów i w ogóle Europejczyków. Wręcz przeciwnie, sprawiają oni wrażenie, jakby próbowali działać „na oko”.
Po drugie, ponieważ rozszerzając w ten sposób „dyrektoriat” eurolandu, wzmacnia się nieco jego reprezentatywność – a więc jego legitymizację, o ile w ogóle takową ma. I wreszcie przez wzgląd na zachowanie równowagi, jak zauważył ekonomista Jean-Paul Fitoussi w trakcie ostatniego spotkania Sarkozy’ego z Montim w Paryżu. Francja ma odtąd sojusznika w obliczu Niemiec, które celowo lub nie dominują i którym do tej pory udawało się narzucać swoim partnerom własne antykryzysowe rozwiązania – dyscyplinę i rygor.
Tak samo jak Nicolas Sarkozy, Mario Monti uważa, że w kwestii polityki oszczędności jego kraj dał już z siebie wystarczająco dużo i że teraz nadszedł czas, aby zatroszczyć się o wzrost gospodarczy. Unia, za pośrednictwem funduszu stabilności finansowej i banku centralnego, ma być jego motorem, a Republika Federalna jest proszona, aby nie stała na przeszkodzie. Jest to wizja podzielana przez inne kraje południowej Europy – z Hiszpanią na czele – której „Professore” stał się swego rodzaju rzecznikiem, zwłaszcza kiedy ostrzegł Niemców przed resentymentem, jaki może wywołać nadmierna surowość z ich strony.
Ale ten wyłaniający się tercet również jest kruchy: Sarkozy walczy w kwietniu o nową kadencję, Merkel musi ciągle zdawać sprawę przed słabnącą koalicją, a Monti, który nie został wyłoniony w wyborach, opiera się na wymieszanej większości, której część (począwszy od zwolenników Berlusconiego i Ligi Północnej) nie zawaha się go „odstawić”, jeśli tylko uzna, że może znów zasiąść za sterami. Pozostaje mu więc mało czasu, aby wyciągnąć Europę z kryzysu, jeśli w ogóle leży to w jego możliwościach. W tym akurat przypadku to się dobrze składa, bo sprawa przetrwania euro nie może czekać.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?