Na słynnym ateńskim placu Syntagma, na który od kilkunastu miesięcy skierowane są oczy całej strefy euro, znalazłam się w dzień po wielkich i krwawych manifestacjach Greków „oburzonych” rządowym planem oszczędnościowym. Ale w sobotni poranek panował tam spokój, choć widoczne były ślady „po bitwie”, wypalone kosze, powyrywane chodniki i znaki anarchistów wymalowane czerwonym sprayem na budynkach banków i administracji państwowej. Placu pilnowały policyjne samochody, a mundurowi, z plastikowymi tarczami w dłoniach, strzegli każdego rogu ulicy. Czy to tylko cisza przed kolejną burzą, czy też wyczekiwanie na wieści z Brukseli, gdzie ostatnio zapadają najważniejsze decyzje dotyczące Grecji?

Na starym mieście, spotykam znajomych Greków. On jest młodym inżynierem, od wielu już miesięcy bezrobotnym. Żyje z zasiłku i mało skutecznie szuka pracy. Pytam, co sądzi o premierze. „On należy do systemu, jest jednym z nich, nie szuka ratunku dla Grecji, ale troszczy się, jak ocalić własną skórę. Kolejna transza? Starczy im na spłacenie odsetek od zaciągniętych długów, a dalej?

Za kilka tygodni dowiemy się, o co im tak naprawdę chodzi: o naszą ropę, nasze wyspy, a może o coś jeszcze innego”, zastanawia się. Jego żona uczy angielskiego, prywatnie. „Publiczne szkoły są na tragicznym poziomie. Ten kraj się nie rozwija, nic tu się nie zmienia, w nic się nie inwestuje”. Czy myślą o wyjeździe? „Tak, tu nie ma żadnej przyszłości, ale dokąd pojedziemy? To nie takie proste. A rodzina? A dom? A samotna matka? Dzieci nie wyobrażają sobie zmiany szkoły. No i nie jesteśmy już znowu tacy młodzi. Może za rok, dwa?”.

W kawiarni internetowej pytam młodego człowieka, czy wierzy, że obecni politycy wyprowadzą Grecję z kryzysu. Tylko się gorzko się uśmiecha: „żeby cokolwiek się zmieniło, to połowa polityków musiałaby wymrzeć. Ten cały kryzys to pretekst, tu chodzi o zajęcie naszych złóż ropy…”. „Ropy?” dziwię się, nie wiedziałam, że w Grecji jest ropa. „Jest, i to nie tylko ropa, ale uran i pluton, ale oni nie zezwalają nam tego wydobywać”…

Oni? Teorię spisku potwierdza też właścicielka butiku z biżuterią „To oni nami źle rządzili. W tym kraju jest dużo pieniędzy, ale oni chowają je na kontach w Szwajcarii”. W antykwariacie, w eleganckiej dzielnicy Kolonaki chcę kupić „Słońce wschodzi nad Grecją”. Księgarz oddaje mi je za pół darmo z komentarzem: „I tak Grecja już się skończyła. Słonce już tu nie wzejdzie”. Kilka metrów dalej ulicę zalegają gigantycznych rozmiarów sterty niezbieranych od tygodni śmieci.

Być może to zmęczenie wywołane kryzysem, ale odnoszę wrażenie, że przy obecnym klimacie społecznym, pomoc udzielona Grekom niewiele zmieni, jeśli nie znajdzie się energia, która pozwoli im definitywnie wyjść z kryzysu. Społeczeństwo najwyraźniej utraciło zaufanie do rządzących, o czym świadczy choćby manifestacja, która odbywała się na placu Syntagma w ubiegły czwartek czy głosy tych, z którymi miałam okazję rozmawiać w Atenach.

Nie jest też pewne, że z fali protestów narodzi się nowy, silny ruch polityczny, który zdolny będzie na nowo pchnąć koło napędowe gospodarki? Odczuwalny jest podział na „my” i „oni”, na pasywne, bezbronne społeczeństwo i narzucającą im drakońskie i nieuzasadnione oszczędności klasę polityczną. Czy sytuacja realnie się poprawi, nawet jeśli na ratowanie Grecji przeznaczone zostaną największe środki, jeżeli nie zmieni świadomość społeczeństwa.

Jeżeli nie dotrze do niego, że odpowiedzialne za obecną sytuację są nie tylko banki, politycy, Angela Merkel i ci, którzy nie płacą podatków? Potrzebna jest energia zdolna przekształcić Grecję na powrót w dynamiczne, nowoczesne państwo. Nie pomogą oszczędności, zaciskanie pasa, jeśli nie będzie im towarzyszyła społeczna inicjatywa i przedsiębiorczość. A tego problemu za Greków Bruksela nie rozwiąże.

Autorka wpisu Joanna Boczkowska-Crettenand jest dziennikarką, tłumaczką, blogerką. Ukończyła PWST w Warszawie oraz studia filologiczne na Uniwersytecie w Genewie. Pracowała jako korespondent „Interpressu” i „Rzeczpospolitej" w Szwajcarii. Od  2011 współpracuje z presseurop.pl jako tłumacz. Mieszka w Paryżu.