Triumf byka
Korrida w odwrocie. W pełni sezonu ogórkowego informacja o tym, że Katalończycy przegłosowali zakaz organizacji walk byków (wejdzie w życie za dwa lata) trafiła na czołówki światowych gazet. Ciekawe, że identyczne prawo, które już w 1991 r. uchwaliły władze hiszpańskich Wysp Kanaryjskich, nie wzbudziło równie wielkiego zainteresowania światowych mediów.
Ale ostatnio Katalonia jest w modzie, a to w związku z utrąceniem niektórych postanowień jej statutu czy też wielkimi manifestacjami zwolenników niepodległości tego regionu. Zakaz walk byków, które i tak organizowano już tylko na jednej arenie, stał się kolejnym pretekstem, by pochylić się nad zagadnieniem katalońskości, Hiszpanii regionów i, ogólnie rzecz biorąc, renesansu nacjonalizmów we współczesnej Europie.
W redakcjach największych europejskich dzienników sięgnięto po zapomniane krwiste opisy wielkiego miłośnika korridy Ernesta Hemingwaya, zaczęto rozkładać kulturę hiszpańską na czynniki pierwsze i wskazywać przy tym, że zmierzch walk byków to upadek hiszpańskiego machismo i dowód pomyślnej demokratyzacji kraju. Prawda jest jednak taka, że korrida od dawna przestała już być wyznacznikiem hiszpańskości.
Większości Hiszpanów zobojętniała, chyba że – tak jak to zrobili katalońscy nacjonaliści – zaczęła być wykorzystywana jako oręż mający służyć obronie jedynej słusznej sprawy. Dla mnie jednak koniec korridy nie nastąpił z chwilą ogłoszenia decyzji parlamentu Katalonii, lecz gdy zobaczyłem na You Tube film, na którym młodziutki meksykański torreador rejteruje haniebnie przed bykiem. Dwudziestodwuletni Christian Hernandez tłumaczył się później, że „zabrakło mu jaj” i już się do korridy nie nadaje. Kilka miesięcy wcześniej doznał na arenie groźnego urazu i ledwo uszedł z życiem.
Jego postawa potwierdza to, co o korridzie od zawsze mówili jej przeciwnicy, a mianowicie, że jest to prymitywny spektakl z zamierzchłych czasów, gdy zabijanie byków było, obok publicznych egzekucji, jedną z nielicznych egalitarnych rozrywek dostępnych dla wszystkich, niezależnie od urodzenia.
Próby mitologizowania korridy i dobudowywania jej metafizycznego wymiaru nie mają większego sensu. Jej kwintesencją jest bowiem nierówny pojedynek na śmierć i życie między bykiem a człowiekiem. Jest jednak delikatna różnica między dwoma głównymi aktorami tego przedstawienia – zwierzę do końca pozostaje wierne swoim instynktom, człowiek musi zaś znaleźć w sobie odwagę, by przezwyciężyć lęk o własne życie i niejako wbrew własnej naturze stawić czoła półtoratonowej bestii.
Z czasem jednak, gdy za pasem rośnie liczba obciętych byczych uszu, torreador, podobnie jak żołnierz na froncie, zamienia się w beznamiętną maszynkę do zabijania. Wbija sztylet w kark ociekającego krwią byka z chłodną precyzją zawodowego zabójcy. Niewzruszony spokój mordercy zakłocić może dopiero celny cios zadany ostrym rogiem...
MZ
