Z rosnącą irytacją czytam kolejne wypowiedzi naszych polityków, którzy snują marzenia o Polsce jako energetycznej potędze. Kluczem do realizacji tego pięknego snu ma być oczywiście gaz łupkowy.
Jak Polska długa i szeroka niesie się gromkie „drill, baby, drill”. I faktycznie, wiertła już poszły w ruch, a amerykańskie i zachodnie koncerny biją się o kolejne licencje na poszukiwanie łupkowego złota.
Szkoda, że dopiero ostatnio w polskiej prasie pojawiły się głosy studzące nieco ten wydobywczy zapał. Nowoczesna technologia, którą opracował amerykański koncern Halliburton, ten sam, którym zarządzał niegdyś wiceprezydent Dick Cheney, wcale nie jest taka czysta, jak zapewniają występujący dość często w różnych telewizjach eksperci (pobierający, co wielce prawdopodobne, sowite wynagrodzenia od energetycznych gigantów za swoje „niezależne” opinie).
Przekonali się o tym mieszkańcy amerykańskich Appalachów, których dramatyczne doświadczenia związane z eksploatacją łupków opisały już największe krajowe dzienniki. O nich mówi także wstrząsający film Gasland nagrodzony na tegorocznym festiwalu kina niezależnego w Sundance.
Wycieki trujących chemikaliów, skażenie ujęć wody, metan w rurach kanalizacyjnych, mikrotrzęsienia ziemi, nieodwracalna dewastacja środowiska – to jest cena, jaką trzeba zapłacić za sny o gazowej potędze. Amerykańskie koncerny oburzają się, że przecież w takich sytuacjach zachowują się fair wobec mieszkańców, wypłacając odszkodowania i podejmując działania zapobiegawcze.
Ponadto, argumentują, tworzą nowe miejsca pracy i płacą za ziemię pod odwierty uczciwe pieniądze (w Dimock w Pennsylwanii 2500 dolarów za hektar plus procent od sprzedaży wydobytego gazu). Ale co komu po pieniądzach, jeśli w domu nie można się kąpać, bo woda ma kolor ciemnobrązowy i jest skażona trującymi metalami, a zwierzyna domowa w błyskawicznym tempie zaczyna tracić sierść.
Zanim odtrąbimy narodziny nowej energetycznej potęgi i przekażemy pod odwierty kolejne tereny, powinniśmy się dobrze zastanowić, czy gra jest warta świeczki. Polska uchodzi za jeden z nielicznych europejskich krajów, gdzie można jeszcze napawać się dziewiczą przyrodą. Dlatego właśnie nad biebrzańskie bagna z ich siedliskami rzadkich dzikich ptaków, w Beskidy i Bieszczady, gdzie wciąż zobaczyć można żyjące na wolności wilki czy na zielone mazowieckie równiny ciągną co roku tysiące zachodnich turystów. Z pewnością nie zostawią w Polsce tyle, ile mogą tu zainwestować gazowe koncerny. Pewnych rzeczy nie można jednak kupić za żadne pieniądze. Niedowiarkom polecam lekturę artykułu w Vanity Fair.
