Najlepsze artykuły z prasy europejskiej

Feed Blog

Fantazja i rzeczywistość

15 marca 2010

Publikacja książki „Kapuściński Non-Fiction” rozpętała nad Wisłą burzę. Zresztą nie tylko nad Wisłą. Oto mistrz reportażu, kandydat do literackiego Nobla (dostałby go pewnie, gdyby pożył kilka lat dłużej), błyskotliwy obserwator rzeczywistości, tłumacz kultur i jeden z nielicznych polskich pisarzy, którego książki czytane są na całym świecie, okazuje się politycznym lawirantem, współpracownikiem wywiadu, fatalnym ojcem i kobieciarzem.

Najgorsze jednak, że „upiększał”, „wyostrzał” i „ubarwiał” rzeczywistość. Zbyt często, jak mawiał Timothy Garton Ash, „przechodził od Kenii faktu do Tanzanii fikcji i z powrotem” nie zaznaczając wyraźnie granicy między jednym a drugim światem. Autor biografii Kapuścińskiego Artur Domosławski zapewnia, że pisał ją w dobrej wierze i niektóre odkrycia były dla niego, przyjaciela pisarza, wielce bolesne. Fakt, wykonał ogromną pracę dziennikarską, gromadząc relacje, wspomnienia, konfrontując fikcję z rzeczywistością.

Poznał Mistrza jak nikt inny, oświetlił mroczne zakamarki jego duszy, obnażył słabe punkty. Każde takie odkrycie równoważył krótką konstatacją o swoim wielkim szacunku dla jego twórczości, talentu itp. Podkreśla, że chciał Kapuścińskiego przedstawić jako człowieka z krwi i kości oraz twórcę ze wszystkimi jego wadami i przymiotami. I to mu się w pełni udało. Nie widzę w tym jednak ręki przyjaciela.

Na nieskazitelnym pomniku Mistrza pojawiły się rysy i pęknięcia. Polacy uwielbiają swoich bohaterów, ale jeszcze bardziej kochają ściągać ich z piedestału, za nogi, brutalnie. Taryfy ulgowej im nie dają. Niektórym sprawia to wielką satysfakcję. Nie chcę przez to powiedzieć, że taki był zamysł autora, ale czasem można dojść do takiego wniosku, analizując dobór wspomnień, cytatów i opinii ludzi niechętnych Kapuścińskiemu, które w książce przeważają.

Debata nad biografią Maestro Kapu, jak nazywali go latynoamerykańscy przyjaciele, nie rozlałaby się na cały świat (pisały o niej gazety angielskie, hiszpańskie, meksykańskie i argentyńskie), gdyby nie fakt, że dotyczy kilku kwestii uniwersalnych. Przede wszystkim tego, czy reporter może, w celu zwiększenia dramatyzmu przekazu, ubarwiać rzeczywistość.

Znawca naszego regionu, historyk i autor reportaży Neal Ascherson bronił na łamach Guardiana Kapuścińskiego, twierdząc, że „niemal wszyscy dziennikarze wyostrzają czasem cytaty albo dla lepszego efektu zmieniają nieco czas lub miejsce”. Jego kolega po fachu, Garton Ash, przekonywał jednak, że literatura faktu „winna być tym, co zapowiada”, taki jest bowiem obowiązek autora wobec czytelników.

Problem z tak kategorycznym postawieniem sprawy polega jednak na tym, że Kapuściński uprawiał gatunek hybrydowy, „literacki reportaż” najwyższej próby. Niektórzy idą jeszcze dalej sugerując, że był poetą reportażu. A to zakłada pewną dowolność i swobodę w przedstawianiu faktów. Bez względu na to, jaką perspektywę przyjmiemy, jedno jest pewne: po lekturze książki Domosławskiego dzieła Kapuścińskiego nigdy już nie będą takie same. Zostały odarte z magii, której uległy miliony czytelników na całym świecie. I do końca nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle.