Co nam przyniósł rok 1989?
Przemiany roku 1989 niejednokrotnie opisywano jako zwycięstwo społeczeństwa nad państwem, wolności nad zniewoleniem, wolnego rynku nad gospodarką centralnie sterowaną. Rzadko mówi się jednak o tym, że doprowadziły one do nieodwracalnego, jak się zdaje, rozłamu między elitami a zwykłymi obywatelami.
Komunistyczni dygnitarze kryli się w rządowych ośrodkach, izolowali w pilnie strzeżonych dzielnicach, ale z uwagi na ideologiczne przesłanie ówczesnej władzy, a także specyfikę upaństwowionej gospodarki, nie była to izolacja całkowita. Nawet członek politbiura musiał być w dobrych stosunkach z właścicielem warzywniaka, jeśli chciał zajadać się świeżymi owocami i warzywami. A zieleniarz mógł liczyć za to, że w razie potrzeby będzie mógł zwrócić się do wpływowego klienta o pomoc lub przysługę. Za komuny załatwienie czegokolwiek wymagało znajomości i rozbudowanej sieci wzajemnych powiązań.
Jak zauważa w jednym ze swoich ostatnich esejów bułgarski politolog Iwan Krastew, „komunistyczne elity były brutalne, lecz dostępne”. Dbały o to, by bratać się z ludem, bo gdy się od niego zanadto oddalały, groziły im czystki lub kulturalne rewolucje. Obecnie, pisze Krastew, zieleniarz zarabia więcej i nie oblepia swojej budki plakatami propagandowymi, ale nie może się pochwalić znajomościami na szczytach władzy. Wątła nić łącząca go z elitami została zerwana. Wysoko postawieni nie muszą już zabiegać o jego względy, chcąc kupić świeże warzywa czy owoce.
Przedstawicieli społecznych nizin i zamożnych wyżyn nigdy jeszcze nie różniło tak wiele. Z ostatnich badań przeprowadzonych w Bułgarii wynika, że ludzie o niskich dochodach praktycznie nie mają szansy na kontakt z przedstawicielami zamożniejszych warstw społecznych. We wczesnym, burzliwym okresie wschodnioeuropejskiego kapitalizmu jego fundament stanowili rzutcy i bezwzględni oligarchowie.
Z czasem wyparli ich jednak świetnie wykształceni przedstawiciele merytokracji, mogący poszczycić się dyplomami zagranicznych uczelni, znajomością języków obcych. To oni okazali się prawdziwymi, choć nielicznymi, beneficjentami transformacji z 1989 r. (w sondażu przeprowadzonym w Bułgarii w 2003 r. zaledwie pięć procent obywateli uważało, że obalenie komunizmu przyniosło im poprawę).
Dziś to wykształcenie jest przepustką do lepszego świata.
Rządy merytokracji, zauważa Krastew, są jednak „utopią postpolitycznych społeczeństw”. Obietnicą dostatniego życia pod rządami kompetentnych przywódców i wizją awansu społecznego poprzez edukację. Aby model ten poprawnie funkcjonował, należy spełnić kilka warunków ‒ zapewnić obywatelom dostęp do dobrego, bezpłatnego szkolnictwa, stworzyć zręby społeczeństwa obywatelskiego, wykształcić odpowiedzialne elity. Warunków tych nie spełnia na razie żadne z „wyzwolonych” w 1989 r. państw byłego bloku wschodniego. Prowadzi to do nieuchronnych napięć społecznych.
O ile w epoce komunizmu porażkę można było usprawiedliwiać kontestacją reżimu, o tyle w merytokracji oznacza ona wyłącznie jedno ‒ totalną klęskę, obciążającą psychikę nieudacznika. Jak podkreśla bułgarski politolog, upadek komunizmu uruchomił proces uwalniania elit od poczucia winy, strachu, ideologii, a nawet obowiązku rządzenia krajem, co doprowadziło do wzrostu nastrojów populistycznych (populistyczne koalicje sprawowały już władzę w Polsce, Słowacji i Bułgarii). Populiści nie oferują lepszego rozwiązania, chcą jedynie przywrócić zniszczone przez transformację więzi łączące „zwykłych ludzi” z elitami. Ponownie pochwycić je w sieć wzajemnych zależności.
Jak pisze Krastew, „populiści są niczym porzucona żona, która nie może zaakceptować wolności męża i zrobi wszystko, by mu wypomnieć, że wciąż są małżeństwem”. Co więcej, ta populistyczna kontrrewolucja przybiera na sile. Napędza ją kryzys gospodarczy i liczne skandale z udziałem przedstawicieli władzy w wielu krajach Europy Środkowej i Wschodniej.
MZ

