Ciekawe, jak potoczyłyby się losy Romana Polańskiego, gdyby trzydzieści dwa lata temu nie uciekł ze Stanów Zjednoczonych i został skazany za „niedozwolony prawem stosunek seksualny z nieletnią”?
Znane nastawienie sędziego prowadzącego sprawę wydaje się wskazywać na to, że na kilkadziesiąt lat reżyser powędrowałby za kratki, a my nie zobaczylibyśmy nigdy Piratów, Gorzkich Godów, o Pianiście czy Oliwierze Twiście już nie wspomnę. Światowe kino poniosłoby, bez dwóch zdań, niepowetowaną stratę. Polska kinematografia nie mogłaby się pławić w blasku oscarowej chwały jednego ze swych najzdolniejszych twórców.
Ale czy to wszystko usprawiedliwia ucieczkę z sądowej ławy? Czy umniejsza winę? Zdania są tu podzielone, a tylko potwierdza coraz częściej pojawiające się opinie o pogłębiającym się pęknięciu zachodniej kultury. „Płynne” podejście do wszelkich norm: prawnych, etycznych i moralnych jest tylko jednym z objawów tej postępującej schizofrenii. Skoro nie ma dziś prawdziwych autorytetów, to autorytetem może być każdy, przekonują co chwila media poszukujące nie tyle rozmówców, którzy mają coś sensownego do powiedzenia, ile potrafiących na chwilę choćby przykuć uwagę widowni.
Skandale, barwne , soczyste „setki” , niekonwencjonalne zachowania i wypowiedzi – oto co stanowi siłę napędową współczesnego radia i telewizji. Obrońcy Romana Polańskiego, w większości przedstawiciele światowych elit artystyczno-intelektualnych, w dużej mierze podporządkowali się tym zasadom, reagując na wiadomość o zatrzymaniu reżysera niezwykle emocjonalnie, niekiedy wręcz histerycznie. Mieli do tego święte prawo. Są przecież przyjaciółmi Polańskiego, kolegami po fachu, wielbicielami jego talentu.
Jednak niektóre argumenty, jakie wysuwają w jego obronie, nie mają nic wspólnego z meritum sprawy. Gdy się słucha ich karkołomnych teorii, można dojść do wniosku, że zdecydowanie lepiej byłoby dla nich i dla nas wszystkich, gdyby jednak zamilkli i zajęli się tym, co potrafią najlepiej...
Na szczęście ani w europejskiej ani w polskiej prasie, nie zabrakło wypowiedzi, ustawiających całą sprawę w należytej perspektywie. Na łamach francuskiego tygodnika L’Express, Renaud Revel potępiał „artystyczny immunitet” i zżymał się na paryską lewicę, która bezrefleksyjnie stanęła murem za Polańskim (choć obecny przywódca Zielonych w europarlamencie Daniel Cohn-Bendit nazywany niegdyś Czerwonym Danielem skrytykował francuskiego władze za chronienie Polańskiego), potępiając w czambuł Amerykę i Szwajcarów.
Komentator hiszpańskiego dziennika El País w artykule Solidarność z gwałcicielem nie zostawił suchej nitki na reżyserze Pedro Almodóvarze, który porównał aresztowanie Polańskiego do „sceny z kiepskiego filmu o zimnej wojnie”, co miało stanowić niezbity dowód na to, jak paskudny bywa amerykański wymiar sprawiedliwości.
„Zszokowana i przerażona” felietonistka Washington Post Anne Applebaum przekonywała, że Polański już odpokutował za grzech z przeszłości zawodowo, osobiście i finansowo , sugerując, że gdyby nie był taki sławny, to pewnie już dawno amerykański wymiar sprawiedliwości przestałby się nim interesować.
Być może, ale czy zmienia to fakt, że w świetle prawa nie poniósł kary za swój czyn? Czy można być na tyle naiwnym, by sądzić, że gdyby Polański nie był sławny, zdołałby uciec ze Stanów Zjednoczonych i ukrywać się przez tyle lat? Czy dziś w jego obronie stawaliby najwięksi artyści, aktorzy, wpływowi politycy?
Także londyński Times apelował, by nie stawiać artysty na piedestale, a już na pewno nie ponad prawem. Ani traumatyczne przeżycia osobiste ani filmowy geniusz nie mogą być usprawiedliwieniem dla czynów, których się dopuścił reżyser. „Przeszłość dogoniła Polańskiego, a jego obrońcy powinni odnaleźć moralny kompas i przestać wynajdywać usprawiedliwienia dla seksualnego agresora, który nie okazał skruchy”, podkreślał konserwatywny brytyjski dziennik.
Nie ma wątpliwości, że to co wydarzyło się przed 32 laty w willi Jacka Nicholsona ciąży Romanowi Polańskiemu. W nielicznych wywiadach, niechętnie -jeśli w ogóle- wypowiada się na ten temat. Nie okazał też publicznej skruchy. Nie zdecydował się dobrowolnie poddać osądowi amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.
Teraz przyjdzie mu zapewne stawić się przed nim jako zbieg schwytany za granicą, co z pewnością nie będzie działało na jego korzyść. Paradoksalnie, emocjonalne apele w jego obronie, mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku, utwierdzając sąd stanowy Kalifornii w przekonaniu, że Polańskiego należy ukarać surowo, ale sprawiedliwie.
MZ

