Choć jego osoba nie budziła wielkiego entuzjazmu, José Manuel Barroso został ponownie wybrany na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Adrian Hamilton pisze w Independent, że mniej biurokratyczny przywódca byłby bardziej odpowiedni w czasie, kiedy Unia Europejska musi stawić czoła recesji gospodarczej, globalnemu ociepleniu a także zadbać o bezpieczeństwo energetyczne.

Nieważne, ile mów o demokracji wygłoszą europejscy przywódcy, postępowanie Unii zawsze im zaprzeczy. Świetnym tego przykładem było wczorajsze głosowanie w Parlamencie Europejskim nad wyborem José Manuela Barroso na kolejną pięcioletnią kadencję szefa Komisji Europejskiej.

Oto mamy reelekcję człowieka, w którego przydatność do pełnienia najważniejszej funkcji we Wspólnocie nikt zdaje się nie wierzyć, zwłaszcza teraz, kiedy recesja gospodarcza wciąż trwa, a na horyzoncie rysują się ogromne problemy, którym należy stawić czoła – zmian klimatycznych, bezpieczeństwa energetycznego czy nowego układu światowego.

Nie chodzi tu o niczyją specjalną antypatię wobec samego Barroso, byłego centroprawicowego premiera Portugalii, który to w skomplikowanej sytuacji, kiedy unijną „konstytucję” odrzucili Irlandczycy, Francuzi i Holendrzy, lawirował tak, jak potrafił.

Faktem jest jednak, że właśnie on został pięć lat temu szefem Komisji, głównie dlatego że największe europejskie potęgi nie były w stanie uzgodnić innej kandydatury. Wczoraj było całkiem podobnie, przywódcy nie mieli żadnego sensownego pomysłu (chociaż prezydent Nicolas Sarkozy naciskał intensywnie na to, by wybrano Francuza), a socjalistyczna opozycja w Parlamencie nie zdołał wysunąć własnego kandydata.

Nie można o wszystko obwiniać Unii. Wystarczy spojrzeć na brytyjską politykę, z jej dziesiątkami pseudoniezależnych agencji rządowych, by zrozumieć, że na każdą posadę państwową zostanie wybrany kandydat nie najlepszy, ale wzbudzający najmniejsze kontrowersje. Sabat dwudziestu siedmiu przywódców narodowych, z których każdy próbuje przepchnąć własnych protegowanych, nie wysunie kandydata ambitnego i samodzielnego, bo każdy z nich wie, że ktoś taki niemal na pewno zwróciłby się w końcu przeciwko nim.

Ale zarazem, czy tego chce, czy nie, to właśnie Unia najskuteczniej i w sposób naturalny wypracowuje rozwiązania, jak zaradzić kryzysowi gospodarczemu, jak ma wyglądać ochrona środowiska czy, by daleko nie szukać, bezpieczeństwo i obrona.

Jest szaleństwem wybierać na szefa kogoś, kto nie potrafi nawet sprawić, by organizacja, na której czele stoi, realizowała swoje cele. Jednak jeszcze większym szaleństwem jest, a tak czynią europejscy przywódcy, naciskać na przyjęcie traktatu konstytucyjnego, który został już wyraźnie odrzucony przez Irlandczyków w jednym referendum i który, jak pokazują to wszystkie możliwe sondaże, nie wzbudza entuzjazmu większości mieszkańców Kontynentu.

Jeżeli komuś zależy na tym, by Europa kroczyła wspólnie ku przyszłości, powinien życzyć sobie, by Irlandczycy znowu powiedzieli „nie”. Europejscy przywódcy musieliby wtedy wziąć się w garść i zareagować na powstałą sytuację. W przeciwnym razie czeka nas powrót do złej przeszłości: zakulisowych negocjacji na temat stanowisk, kiepskiego prawa, bezcelowej biurokracji.

Tak samo jak z ponownym wyborem Barrosa, unijny establishment poradzi sobie zapewne z irlandzkim referendum. Będzie to jednak przygnębiające przedstawienie, po którym demokracji nie przybędzie, a właśnie z powodu jej deficytu europejski projekt cierpi najbardziej. Będzie ono również uznane – nie tylko w Londynie – za sposób nie wskrzeszenia Europy, lecz zdjęcia jej z afisza.