Aby uspokoić swych partnerów i otrzymać szóstą transzę pomocy międzynarodowej, 19 września rząd grecki ogłosił nowe oszczędności. Ale na ulicach Aten widzi się coraz więcej ludzi, którzy próbują się wyżywić jak najtańszym kosztem.
Do tej pory było to zjawisko w naszym kraju zupełnie nieznane. Ale wraz z narastaniem kryzysu gospodarczego widzi się coraz więcej ludzi, którzy próbują coś zdobyć, grzebiąc w koszach na śmieci. Kiedyś robili to tylko Romowie i bezdomni. Następnie pojawili się imigranci z Azji i Afryki, którzy usiłowali jak najwięcej upchnąć w supermarketowe wózki. Dzisiaj zdarzają się i Grecy, którzy grzebią w śmieciach. Wielu z nich szuka przedmiotów do odsprzedania. Inni czegokolwiek, co nadaje się do jedzenia.
Samat Eftehar pochodzi z Iranu. Od 25 lat jest właścicielem tawerny w Exarchii. „To jest taka mała, pełna życia dzielnica. Znam większość jej mieszkańców od lat. Widziałem, jak mało zarabiającym zredukowano dochody, jak osoby godne szacunku sytuacja zmusiła do grzebania w koszach na śmieci, żeby mieli co jeść”, opowiada.
On sam, od czasu do czasu, karmi tych, których zna od lat i którzy znaleźli się w potrzebie. „Moim zdaniem, jeszcze nie widzieliśmy ostatniej sceny tej tragedii. Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień, pojawił się prawdziwy głód”, twierdzi Samat Eftehar. „A ten głód nie oznacza, że ktoś nie ma nic do jedzenia, tak jak w Afryce, ale, tak sądzę, głód to również sytuacja, że ludzi nie stać na kupienie mięsa przynajmniej raz w miesiącu”.
A przecież, mimo recesji, w całej Europie dużo żywności trafia na śmietnik. Każdego roku, 89 mln ton jest wyrzucana, co oznacza, że na każdego Europejczyka przypada 180 kilogramów. Gospodarstwa domowe wyrzucają z tego 43 proc., często z powodu daty przydatności do spożycia.
Giorgos Arabatzoglou pracuje w merostwie Penteli jako pracownik służb oczyszczania miasta, na północy Aten. „Nawet na tym luksusowym przedmieściu mieszkają tacy, którzy grzebią w śmietnikach, zwłaszcza pod koniec dnia, po zamknięciu targu. Ostatnio to zjawisko nasiliło się, mówi. „Bez przerwy znajdujemy rozwalone kosze na śmieci, a więc ludzie czegoś w nich szukają. Zresztą nie tylko w tym, co wyrzucają supermarkety czy też właśnie w koszach na śmieci, ale również w odpadach sprzedawców souvlaki. Nie tak dawno widziałam przed supermarketem młoda kobietę, dobrze ubraną, przerzucała przeterminowane jogurty, szukając tych najpóźniej datowanych”.
Giannis Apostolopoulos, doradca pracujący w ratuszu miejskim, twierdzi, iż „odnotowano wyraźny wzrost tego zjawiska od półtora miesiąca, chociaż wiadomo, że istniało ono od dziesięciu lat. Jest łatwiej dostrzegalne, ponieważ zaczyna nas dotykać osobiście. Emerytów o niewielkich rentach i bezrobotnych, często młodych”. To zjawisko, zwraca uwagę, przyjmuje rozmiary, nad którymi miasto nie jest już w stanie zapanować. „To stało się faktem. Ale tu, organizujemy codziennie dystrybucję darmowej zupy i osoby mieszkające w innych dzielnicach do nas przychodzą”. Pojemniki na śmieci nie są już teraz w Atenach tak wypełnione jak kiedyś.
Dimitri ma 40 lat. Od wielu lat pracuje dla merostwa w Atenach, jest operatorem dźwigu. Ma czworo dzieci. Pewnego dnia zobaczył w jakichś śmieciach mebel pasujący do jego przedsionka. „Nie miałem nawet 10 euro w kieszeni, żeby kupić papierosy. Urząd miejski nie płacił nam już od wielu miesięcy i dostrzegłem, że ktoś wyrzucił meble w dzielnicy Aigaleo. Skorzystałem więc z okazji. Kolega powiedział mi, że powinienem ten mebel niedrogo odsprzedać, i tak, po raz pierwszy, zarobiłem 60 euro w dwa popołudnia!”
Dimitri zmienił samochód i kupił małą ciężarówkę. Gdy jego starsza córka widzi na ulicy meble, to dzwoni do niego, aby po nie pojechał. Garaż w budynku, w którym mieszka, stał się jego warsztatem, w którym z odzyskanych przedmiotów wymontowuje złom (głównie żelazo i miedź). „Udaje mi się dorobić 300‒400 euro miesięcznie, ale przede wszystkim, mogę mieć dzięki temu kieszonkowe”. Pojawia się coraz więcej, podobnych do niego, poszukiwaczy złomu.
