W wyniku rezygnacji Jürgena Starka ze stanowiska głównego ekonomisty w Europejskim Banku Centralnym proces, którego wielu Niemców nie chce przyjąć do wiadomości, nabierze tempa. Nadchodzi koniec ery polityki stabilizacyjnej, gdzie w grę wchodziło za wszelką cenę spieszenie państwom na ratunek, by nie dopuścić do ich bankructwa.

Cechą wspólną wszelkiego rodzaju instytucji jest ociężałość. W ich funkcjonowaniu dominuje rutyna, a powtarzalność procedur sprawia, że są one darzone powszechnym zaufaniem. Instytucje nie znoszą niepewności i jedynie z trudem przystosowują się do zmian w otaczającym je świecie. Co więcej, zmianom towarzyszą zazwyczaj debaty: Tak właściwie, to po co istnieje dana instytucja? Pytanie to zadawał sobie zapewne również Jürgen Stark, który w miniony piątek ogłosił rezygnację ze stanowiska głównego ekonomisty w Europejskim Banku Centralnym.

Od momentu swego powstania EBC był uważany za kontynuatora tradycji Bundesbanku – idąc śladem tej tradycji, on również na sztandarach wypisał sobie ochronę stabilności pieniądza. Kontrowersje pojawiły się z chwilą, gdy EBC zaczął skupować na dużą skalę obligacje zadłużonych państw strefy euro. Swymi przemyśleniami na ten temat podzielił się także Jürgen Stark: „W obecnych uwarunkowaniach należy założyć, że solidna polityka finansowa to najlepszy sposób na zdobycie większego zaufania. Potwierdzają to analizy sytuacji w poszczególnych krajach: ambitne programy dostosowawcze w niedługim czasie wpływają pozytywnie na wzrost gospodarczy”. By rzecz ująć krótko – Stark apelował o większe oszczędności.

System finansowy w takim rozumieniu to nic innego jak monetarny odpowiednik realnej gospodarki: obywatele oszczędzają, a przedsiębiorstwa inwestują. Jeśli uznamy to założenie za prawdziwe, to zmniejszenie wydatków państwa faktycznie może przynieść pozytywne efekty w perspektywie długoterminowej. Pytanie tylko, w jakim stopniu owo założenie przystaje do naszej rzeczywistości?

Ostatnia bańka w chorym systemie

W Grecji na przykład sytuacja przedstawia się zgoła inaczej. Przede wszystkim należy zrozumieć, że stan gospodarki zależy od poziomu dochodu do dyspozycji oraz od inwestycji, czy to ze strony państwa, czy firm prywatnych. Gdy wszyscy nagle zaczynają zaciskać pasa i ograniczają wydatki, przed gospodarką rysuje się groźba spirali deflacyjnej. Oznacza to, że Grecy będą ubożeć, a mimo to – lub może właśnie dlatego – nadal będą tkwić po uszy w długach. I kraj ten wcale nie jest wyjątkiem.

Zarówno strefie euro, jak i całej gospodarce światowej grozi epidemia. Wszyscy starają się dostosować, tak jak domaga się tego Stark. Tylko do czego? Czyżby pojawiły się jakieś nowe technologie? Czyżby branżę motoryzacyjną lub przemysł stalowy dopadł znienacka kryzys? A może Chiny wyrosły nagle na potężnego konkurenta? Ależ skąd! Obecne problemy nie leżą bynajmniej po stronie gospodarki realnej i zachodzących w niej zmian. Ich źródeł należy szukać w systemie finansowym, a konkretnie w usilnych próbach obsługi zadłużenia, jakie narosło przez ostatnich 15 lat i które dosięgło teraz obligacji rządowych. To ostatnia bańka w tym chorym systemie.

Państwa mogą zredukować zadłużenie tylko pod jednym warunkiem: że nie będą próbowały spłacać długów z przeszłości kosztem teraźniejszości. Takie rozwiązanie oznaczałoby bowiem jedynie, że miejsce starych długów zajęłyby nowe. Zmniejszenie zadłużenia jest możliwe tylko wtedy, gdy w fazie wzrostu gospodarczego państwo wydaje mniej, niż by mogło. I tu właśnie leży pies pogrzebany. Jürgen Stark najchętniej zapłaciłby za przejedzoną przeszłość zkasy teraźniejszości.

Tak się jednak składa, że w tarapatach jest obecnie nie tylko Grecja. Wszystkie państwa zachodnie znajdują się w kryzysie lub u jego progu. Gdyby wszystkie jednocześnie zacisnęły pasa i przystąpiły do konsolidacji budżetowej, znalazłyby się w bardzo podobnej sytuacji: rosnącym wydatkom (ze względu choćby na większe bezrobocie) towarzyszyłyby mniejsze wpływy do kasy państwowej oraz brak inwestycji. Innymi słowy, kryzys w pełnej krasie.

Iluzje epoki, która odeszła w przeszłość

Na co zatem to wszystko? Przecież  nie po to, by sfinansować dostosowania strukturalne w gospodarce realnej. Ot po prostu ekonomiści, w tym m.in. Jürgen Stark, doszli nagle do wniosku, że poziom zadłużenia jest za wysoki i że trzeba go zredukować. Tyle że ta redukcja niczemu nie służy – pozostaje ona bowiem bez wpływu na inwestycje. Przedsiębiorcy inwestują tylko wtedy, gdy widzą szansę na zysk. W warunkach kryzysu miejsce inwestorów zajmuje państwo, które stara się pobudzić koniunkturę. Tymczasem, jak głosi tenże Stark, państwo powinno teraz oszczędzać i konsolidować, a nie inwestować. 

Koniec końców ofiarą tego procesu autodestrukcji pada cała gospodarka. Bez zaufania system jest skazany na porażkę, co nie jest oczywiście najpiękniejszą  wizją, jaką można sobie wyobrazić. Za jakim rozwiązaniem opowiadałby się zatem ustępujący główny ekonomista Europejskiego Banku Centralnego, a wraz z nim wielu Niemców? Otóż najchętniej widzieliby oni EBC w roli błędnego rycerza, który za pomocą polityki stabilizacyjnej stara się zapobiec bankructwu państw. Taki projekt nie ma jednak szans na powodzenie. Stark i jego sympatycy żyją iluzjami z epoki, która odeszła w przeszłość.

Tymczasem, jak na ironię, to właśnie Niemcy, największa gospodarka europejska, mogłyby jeszcze udowodnić, że Europa jest zdolna do działania. Bankructwo Grecji wchodzi w grę tylko, jeśli uda się zagwarantować, że jej losu nie podzieli reszta strefy euro. Tak odważny krok jest jednak mało prawdopodobny, gdyż Niemcom brakuje zdecydowania. Wolą oddawać się rozważaniom na temat tego, do jakich celów ma dążyć EBC, nie bacząc przy tym, że w gruncie rzeczy już dawno się one ulotniły. No cóż, nic to nowego. Niemcy zawsze mieli trudności z dostosowaniem się do zmieniającego się otoczenia.