Nowy plan ratunkowy przyjęty przez UE 21 lipca nie uspokoił agencji ratingowych. Ale żeby z wybrnąć z kryzysu, Grecy muszą zmienić metodę działania i wspierać politykę rozwoju, ocenia grecki publicysta.
Mówi się, że cuda trwają trzy dni. To musi być prawda. Bo upłynęły zaledwie trzy dni od zakończenia europejskiego szczytu i oto agencje ratingowe obdzierają nas żywcem ze skóry [25 lipca agencja Moody’s obniżyła rating Grecji, który jest teraz tylko o krok od niewypłacalności].
Powiecie pewnie, że można było tego oczekiwać. Że to spodziewany rezultat, a ja bym dodał nawet, że w sumie nie taki znowu ważny. W każdym razie decyzje szczytu będą oceniane ze względu na to, co w nich najistotniejsze i to po czasie dłuższym niż jeden wakacyjny weekend.
Poczyniłbym jednak trzy uwagi:
Po pierwsze decyzje europejskiego szczytu UE są bardzo jasne i pozytywne w zakresie zarządzania długiem publicznym i wsparcia dla Grecji poprzez udzielenie jej dodatkowej pożyczki. Jest to łyk tlenu, jak to się mówi.
Po drugie trzeba powiedzieć, że jeśli chodzi o redukcję greckiego zadłużenia, które miałoby za pół roku przekroczyć 162 proc. PKB, czyli osiągnąć naprawdę imponujący poziom, to tutaj sprawa wygląda bardzo niejasno.
Jest tak właśnie, bo na tym etapie nie dało się tego zrobić inaczej. Począwszy od momentu, gdy w celu zmniejszenia ciężaru długów postawiono na proces „dobrowolnego udziału” sektora prywatnego, nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaki będzie konkretny wymiar jego hojności.
Po trzecie sędziami wysiłku podjętego przez Greków będą w ostatniej instancji (na dobre albo na złe) rynki międzynarodowe, na których – według deklaracji ministra finansów Ewangelosa Wenizelosa – mamy nadzieję znów pożyczać pieniądze w 2014 r. A interakcje pomiędzy rynkami i agencjami ratingowymi są znane i wpisane w ramy systemu.
Nie ma zatem wątpliwości, że ogólny kryzys i niestabilność długu widocznie zwiększą ciężar zobowiązań. Ale jak zmniejszyć dług, aby zapewnić mu stabilność?
Tuż po zakończeniu europejskiego szczytu The Wall Street Journal obliczył, że dług miałby spaść poniżej 100 proc. PKB. Szacunki tej gazety są tym ważniejsze, że ma ona niewątpliwy wpływ na rynki i agencje ratingowe.
Mówimy więc o redukcji rzędu od 135 do 140 miliardów euro, która nie może żadną miarą wynikać z dobrowolnego udziału sektora prywatnego. Opieranie się na takiej teorii jest śmieszne!
Jak więc to zrobić? Poprzez rozwój! To oznacza, że w całym tym równaniu ciężar zadłużenia zmniejszy się drastycznie tylko wówczas, jeżeli zwiększymy PKB.
Właśnie dlatego przepis pozostaje ten sam: rozwój, rozwój, rozwój… Nie ma innego sposobu, ani innej drogi. Mam przeto nadzieję, że brukselski plan Marshalla nie będzie koniec końców przypominać tych inwestorów, którzy zjawiają się każdego lata, żeby wykupić piłkarski klub PAOK Saloniki i ostatecznie wyjeżdżają z niczym, nie dokonawszy żadnych inwestycji.
