Kultura i debaty Idee

Debata: Obywatele mają prawo do prawdy

22 czerwca 2011
La Repubblica Rzym

Kryzys ujawnił oszustwa i matactwa polityki, ale liderzy europejscy nie mogą dalej ukrywać prawdy i zaprzeczać temu, co jest dla wszystkich oczywiste. Bo jedynie szczerość i odwaga nazwania rzeczy po imieniu może uratować Europę.

W miarę jak mnożą się kryzysy, a kolejne państwa bankrutują, narasta w Europie bunt oburzonych. Objął Grecję, Hiszpanię, nawet Włochy, gdzie na razie tylko panuje strach przed krachem. Rządy mają skłonność widzieć tylko ciemną stronę rebelii – nieumiejętność pogodzenia się z realiami, niemalże ślepy gniew.

Ale ślepota może coś tłumaczyć w niewielkim stopniu, bunt wymierzony jest nie tylko w to, co czynią rządzący, ale również w to, jak to czynią (sprawa więc dotyczy kwestii etycznych). Chodzi o przyzwyczajenie do patrzenia tylko o jeden krok wprzód, byle do najbliższych wyborów albo sondażu, zamiłowanie do ukrywania dziur w bilansie, o niemówienie prawdy w kwestii imigracji, oskarżanie gazet, banków centralnych i Europy podejrzewanych o rozsiewanie złych wieści.

Trzeba reagować przejrzystością informacji

W tym wszystkim Włochy są najlepsze. Berlusconi, od kiedy wrócił do władzy, powtarza w kółko refren: katastrofa jest tylko w waszych defetystycznych głowach, dajemy sobie radę lepiej od niejednego kraju-prymusa. W poniedziałek nagle oświadczył przed mikrofonami: „kryzys się nie skończył”. A przecież nigdy nie ogłosił, że się zaczął.

Nie zapominajmy, że jedna z najbardziej chwytliwych inicjatyw hiszpańskich indignados dotyczy informacji. Rzucił ją profesor politologii Anton Losada, nazywa się „Sinpreguntasnocobertura”, czyli „bez pytań nie ma relacji”. Przystąpiło do niej tysiące dziennikarzy. Jeśli podczas konferencji prasowej nie przewidziano możliwości zadawania niewygodnych pytań, jest ona bojkotowana, a władza zostaje sama ze swoimi jałowymi zapewnieniami. To znak, że w rewolcie tkwi istotne żądanie prawdy i sprawiedliwości. Na kryzys nie można reagować tylko zaciskaniem pasa i straszeniem ludzi wizjami, które kupy się nie trzymają.

Trzeba reagować przejrzystością informacji: na temat podatków, których nie sposób obniżać, na temat niżu demograficznego, który zatrzymać może tylko imigracja, na temat czynników rozwoju, jakimi są sprawiedliwość, praworządność, zasługi oraz wkład, jaki mogą wnieść ci, którym się poszczęściło.

Redaktor naczelny greckiej gazety Kathimerini w środowym wstępniaku mówi o „niemożliwej obietnicy osobności”, czyli iluzji, że kryzys nie wybuchnie, jeśli kraje zamkną oczy na resztę Europy, świata, rynków. To prawda – rynki są dziwnymi stworzeniami, mogą histerycznie rzucić się do gardła, gdy zapragną krwi. Mają krótki wzrok, ale nie przeczuwają katastrof całkiem bez powodu. Dokonują błyskawicznego oglądu szybko zmieniających się rządów i wyciągają wnioski. Obok urny wyborczej to nasz drugi trybunał.

Rzeczpospolita wykraczająca poza nasze granice

Nie jest bowiem prawdziwą polityką ukrywanie się, udawanie suwerennego państwa, które decyduje samo, ignorowanie faktu istnienia europejskiej przestrzeni publicznej, wobec której jako naród jesteśmy odpowiedzialni. Rzeczpospolita wykraczająca poza nasze granice stała się już ciałem, ma swoje reguły i władze będące już nie emanacją poszczególnych rządów, ale odnoszące się do szerszego obszaru.

Niech za przykład posłuży nominacja Mario Draghiego na prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Wybór arcysłuszny, ale uczyniony w najbardziej nieskładny, stary sposób. W zamian za tę nominację Sarkozy zażądał zwolnienia dla Francuza jednego miejsca w zarządzie EBC, a Berlusconi dał mu głowę Lorenzo Bini Smaghiego, tak jakby to był jego człowiek, a nie urzędnik unijny.

Bini Smaghi został wybrany w 2005 r. na ośmioletnią kadencję, więc jego mandat wygasa 31 maja 2013 r. i nie może go skrócić ani wola jednego państwa, ani umowa między państwami. To nie był zatem policzek dla niego, ale dla instytucji europejskich, wobec których powinien być lojalny. Stwarza to zresztą niebezpieczny precedens, oto każdy rząd będzie mógł odtąd sobie wyjmować mandaty i reguły spod jurysdykcji europejskiej. Doszło do jawnego naruszenia traktatu z Maastricht, uzasadnionego jakoby „niepisanym porozumieniem między państwami”.

Autonomiczna i świadoma swej władzy Komisja Europejska

Także i w tym przypadku zabrakło przejrzystej informacji i uznania, że istnieje europejska przestrzeń publiczna. Tak jak brak nam przejrzystości co do podatków niedających się obniżyć, imigracji potrzebnej naszej gospodarce i demografii. Wyliczono, że przepływy migracyjne wzrosną w b.r. do 4,4 mln, przekroczą 8 mln w 2031 r. i 10 mln w 2051 r. „Końcowa liczba – pisze ekonomista Nicola Sartor – jest i tak o 8 mln poniżej poziomu koniecznego, zdaniem ONZ, dla zrównoważenia ubytku miejscowej ludności w wielu produkcyjnym”.

Można zarzucić organom Unii, że większość nieporozumień i niejasności bierze się z inercji ich kierownictwa, chodzącego na pasku poszczególnych państw. Po raz kolejny brakuje odwagi mówienia prawdy. Europa, jak pisał na łamach Financial Times 21 czerwca były komisarz Mario Monti, doprowadziła siebie samą do dzisiejszych bankructw przez nadmiar fałszywej grzeczności i absurdalną uległość wobec największych krajów. Wiele jest dziedzin polityki, w których Unia mogłaby pokazać, co warte są jej słowa. Choćby w misjach wojennych, kłamliwie zwanych „pokojowymi”.

Autonomiczna i świadoma swej władzy Komisja Europejska mogłaby reagować na wszystkie te przypadki (dymisja Bini Smaghiego, zadłużenie budżetowe, wojny) tak jak za czasów Waltera Hallsteina. Pierwszy szef brukselskiego organu wykonawczego nie wahał się pod koniec lat 60. stanąć okoniem wobec De Gaulle’a w imię rodzącej się rzeczpospolitej europejskiej. Był z góry skazany na porażkę, ale są porażki, które ratują upokorzone instytucje, o ile chce się je w ogóle ratować.