Gospodarka Euro

Kryzys zadłużeniowy: Pułapki solidarności

17 czerwca 2011
Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung Frankfurt

Steve Bell, The Guardian

Plan ratowania Grecji niczemu nie służy, jest nawet szkodliwy. Państwo prawa jest w stanie rozkładu. „Uczciwa” Europa stała się ofiarą bandy złodziei i szantażystów, pisze Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung.

Blisko rok temu przywódcy polityczni Europy utworzyli plan, o który skądinąd od dawna zabiegano, ratowania euro. Ponad 110 mld euro wydano od razu na kredyt dla Grecji. Później przyszła kolej na Irlandię i Portugalię. A teraz znów na Grecję.

A ponieważ przywódcy europejscy nie zastosowali klauzuli o ograniczonej solidarności zawartej w traktatach europejskich (według których „Unia nie jest odpowiedzialna za długi zaciągnięte przez rządy państw”), może to znaczyć tylko tyle, że sytuacja była naprawdę wyjątkowa.

I w istocie, przewiduje się, że państwa mogą udzielić koniecznej pomocy partnerowi, wówczas, gdy stał się on ofiarą katastrofy naturalnej. A to, że Grecja osiągnęła stopień zadłużenia w wysokości 150 proc. PKB, można uznać chyba bardziej za rodzaj klęski żywiołowej niż za dzieło ludzi, zwłaszcza polityków.

W rzeczy samej, traktaty międzynarodowe zabraniają MFW i CBE tworzenia planu ratunkowego o takich wymiarach. Nie da się też wytłumaczyć kupowania przez EBC pożyczek państwowych na rynku tzw. wtórnym, to znaczy u banków kredytowych. W rzeczywistości CBE staje się pierwszym wierzycielem Grecji, a tak naprawdę zaczyna się zaliczać do kategorii  tzw. bad banks (wątpliwych banków).

Niemiecki protektorat

Zdaniem ekonomisty Rolanda Vaubela, „nigdy w swojej historii integracja europejska nie miała do czynienia z łamaniem traktatów na tak szeroką skalę”. Do nierespektowania zasad państwa prawa dorzucić należy, nie mniej poważną, powolną degrengoladę demokracji.

Tak naprawdę, to Grecja od roku nie ma już autonomii politycznej. Swoboda tego kraju ogranicza się do wskazania, który z portów, ten w Pireusie czy ten w Tesalonikach należy sprzedać w pierwszej kolejności.

Na dylemat rządu, czy lepiej zredukować pensje urzędników o 10 proc., czy też emerytury o 20 proc., a może odwrotnie, należałoby z całą jasnością odpowiedzieć, że powinien on zrobić i jedno, i drugie. „Bundestag dyktuje warunki Grecji”, pisały ostatnio w tytułach gazety, tak jakby kraj stał się niemieckim „protektoratem” (według Rainera Bruderle). „Niczym w średniowieczu Grecja zamieniła swoją wolność na pieniądze i stała się wasalem Europy”, pisze Vaubel. Ten kraj, w którym narodziła się demokracja sprzedał swoja wolność podszywającym się pod ratowników, a działającym niczym komornicy zarządcom. Droga do solidarnej Unii prowadzi przez kastrację demokracji . Z punktu widzenia darczyńców, miliardy niskooprocentowanych kredytów są formą łapówki – ceną, jaką UE musi zapłacić, aby zapewnić bezpieczeństwo bankom francuskim i niemieckim. Z punktu widzenia otrzymujących pomoc, Grecy zachowują się niczym szantażyści ponawiający bez końca żądania udzielenia im korzystnych kredytów pod pretekstem konieczności ratowania banków państw-wierzycieli. Uczciwi Europejczycy zeszli do poziomu złodziei i szantażystów. Ten rodzaj solidarności szkodzi Parlamentowi Europejskiemu. 9 maja 2010 r., pod osłoną nocy, europejscy politycy z inicjatywy Nicolasa Sarkozy’ego mającego za doradcę Jean-Claude Tricheta utworzyli Europejski Fundusz Stabilności Finansowej (EFSF), który przejdzie do historii jako EMS (Europejski mechanizm stabilizacji). Rząd niemiecki nie przestaje natomiast wywierać presji na swoich parlamentarzystów, aby akceptowali plany, strasząc ich groźbą załamania się rynku anonimowego („Lehman, Lehman, Lehman”) i ogólnym kryzysem („efekt domina”).

Prywatni bankierzy zacierają ręce

Ale tam, gdzie jedni są stratni (demokracja, państwo prawa, obywatele), inni wygrywają. Należą do nich zwolennicy centralizacji, których Vaubel nazywa „euromantykami”. Pisarz Hans Magnus Enzensberger nazywa ich „potworami”, tych obywatelskich strażników, którzy stosując niewybredną argumentację nazywają szowinistami i antyeuropejczykami tych, którzy ostrzegają przed ceną, jaką przyjdzie nam zapłacić za Unię, w której bogaci zmuszeni są finansować biedniejszych.

Lewicowi intelektualiści (od Jurgena Habermasa do Joschki Fischera) spieszą z pomocą elicie politycznej euromantyków, zapowiadając „powrót do narodów” Europy i nawet nie dostrzegając, że ich twardy dyskurs na temat solidarności, służy jedynie interesom finansistów, tj. bankom prywatnym. Ale zarówno intelektualistom, jak i politykom nie chodzi tu bynajmniej o wzmocnienie „solidarności” , ale o władzę i wygranie walki o poparcie społeczne kosztem swobód obywatelskich. Zwolennicy ideologii centralizujących, bez względu na ich kolor polityczny, ukrywają się za niezrozumiałym żargonem akronimów (EFSF, EMS).

Ogromny wzrost zainteresowania tym tradycyjnie nudnym tematem, jakim jest Europa, to świadectwo, że obywatele czują, że coś się zmienia. Ale dopóki zaufanie do rynków nie powróci, naszą jedyną nadzieją będzie Federalny Trybunał Konstytucyjny. 5 lipca Europa będzie przedmiotem sesji w Karlsruhe.