Kilkadziesiąt tysięcy ludzi demonstrowało 15 czerwca w pobliżu ateńskiego parlamentu na znak protestu przeciwko rządowym posunięciom oszczędnościowym. Greccy „oburzeni” mają tam swój obóz od trzech już tygodni. Sama manifestacja miała pokojowy przebieg, ale na obrzeżach głównego pochodu doszło do starć, pisze reporter Eleftherotypia.

„Naprzód!”, wykrzykuje mężczyzna, bijąc w bęben i nie zatrzymując się ani na chwilę. „Wszyscy naprzód!”. Reszta orkiestry przypominającej orkiestrę z Titanica gra nadal i nie zważa na dobiegające zewsząd drwiny.

Działo się to w chwili, gdy plac Syntagma (Konstytucji), podobnie jak sąsiednie ulice i uliczki, był pełen ludzi. Gazy łzawiące policji spadały jak deszcz na zelektryzowany tłum. Słychać było eksplozje i syreny karetek ratunkowych jeżdżących w tę i z powrotem po rannych.

W każdej małej grupce, w której dochodziło do bijatyki, rozlegały się krzyki „bez-pie-czeń-stwo”. Na środku placu manifestanci utworzyli ludzkie łańcuchy, by nie dopuścić do zamieszek i dawać drogę rannym. Wiele starszych osób ranionych w głowę zostało ewakuowanych, małe dzieci chodziły w maskach gazowych, zbyt dużych jak na ich główki.

Z megafonów dobiegały nawoływania organizatorów o zgromadzenie się w jednym miejscu i pozostanie na placu mimo potyczek. „Nie ruszymy się stąd. Dziś nasza kolej!”, pokrzykiwali. Chociaż starcia robiły się coraz bardziej gwałtowne, wzywali do nieulegania presji policji i utrzymywania żywego łańcucha. „Ile by na nas gazu nie wypuścili, zostaniemy tu. To plac narodowego buntu, demokracji, tu się zrodziła nadzieja”.

Tłum był również w Salonikach, w Patras i w małych miastach takich jak Lamia czy Larissa na Krecie, na wyspach takich jak Korfu czy Samos. Wszędzie Grecy wyszli na ulice. Rolnicy z traktorami, właściciele sklepów, studenci, uczniowie, emeryci. Zryw ma charakter powszechny, wyczuwalna jest polityczna frustracja. Tym razem na tym nie poprzestaną: następne spotkanie w niedzielę 19 czerwca.