31 lipca mija 50 rocznica utworzenia baskijskiej organizacji ETA, która walczy o utworzenie samodzielnego państwa Basków z prowincji po obu stronach francusko-hiszpańskiej granicy. Dotychczas w terrorystycznych zamachach ETA zginęło ponad 800 osób. Ostatnio etarras dali o sobie znać wykonując wyrok śmierci w Bilbao i podkładając bomby w Burgos. Jak dotąd główną rolę w ETA odgrywali mężczyźni, jednak – jak pisze Observer – teraz do głosu dochodzą coraz częściej kobiety.
W Ogrodach Albia w Bilbao około 50 starszych osób maszeruje powoli w cieniu platanów. W większości to kobiety o surowym wyrazie twarzy. Nad głowami trzymają transparenty ze zdjęciami. Choć to pokojowy protest, to z fotografii patrzą członkowie ETA, organizacji baskijskich separatystów, która w zamachach bombowych i strzelaninach zabiła przez ostatnie 40 lat 800 ludzi. Na najnowszych zdjęciach twarze są już młodsze, wśród nich wiele kobiecych. To uwięzieni synowie, córki, mężowie, żony i rodzeństwo, wszyscy należą do grupy 750 osób odbywających obecnie wyroki za przestępstwa związane z działalnością ETA.
Dla większości Hiszpanów to żądni krwi terroryści. Dla tych, którzy z ich fotografiami przyszli do Ogrodów Albia, to „więźniowie polityczni” albo „patrioci”. „Czemu zabiliśmy niektórych wrogów naszego ludu? Bo nas do tego zmusili”, tak to ujmuje Manuel, wuj Irantzu Gallastegui, tej samej, która brała udział w niesławnym porwaniu i zabójstwie młodego baskijskiego radnego Miguela Angela Blanco.
Obecnie osłabione kierownictwo ETA działa głównie z terenu sąsiedniej Francji. Plakat z szóstką „najbardziej poszukiwanych” od15 miesięcy można zobaczyć na ścianie każdego posterunku policji na południu kraju. Czwórka to mężczyźni – dziś już złapani. Pozostająca wciąż na wolności dwójka to kobiety: Iratxe Sorzabal i Izaskun Lesaka.
To, że na wspomnianym plakacie są przedstawiciele obu płci, jest oznaką głębokich przemian w ugrupowaniu o katolickich, konserwatywnych korzeniach. ETA była kiedyś światem mężczyzn. Przez lata dla kobiet rezerwowano rolę matek, rozpaczających na grobach bojowników. „Widziano w nich strażniczki narodowej tradycji”, mówi Jesus Casquete z Uniwersytetu Kraju Basków.
Iratxe Sorzabal i Izaskun Lesaka są żywym dowodem na to, jak daleko od tego czasu zaszły kobiety w ETA. Związana z organizacją od ponad dekady, trzydziestosiedmioletnia dziś Sorzabal, została w 1997 r. uwięziona we Francji na 2 lata, po tym, jak złapano ją na farmie należącej do bretońskich separatystów z dwoma uzbrojonymi mężczyznami z ETA. Po powrocie do Hiszpanii w 1999 r., została nauczycielką języka euskera (baskijskiego) w Irún i rzeczniczką więzionych członków organizacji.
Aresztowana i zwolniona w 2001 r. – zabrakło dowodów na to, że należała do separatystycznego komanda – uciekła do Francji. W przeciwieństwie do towarzyszy z listy „najbardziej poszukiwanych”, często w niewiarygodny sposób wymykała się obławie. W lutym, razem z ówczesnym szefem operacji ETA, Iurgi Mendinuetą, rozbiła samochód, który ukradli. Zanim uciekli, zdążyli ukryć pod ziemią laptop. Było w nim zdjęcie Sorzabal z małym dzieckiem. To nie pierwsza wśród baskijskich bojowników kobieta, która, przybrawszy inne nazwisko, wychowuje dzieci gdzieś w małym francuskim miasteczku.
Eksperci lokują ją wśród jastrzębi organizacji – tych, którzy uważają, że trzeba dalej zabijać, jeśli ziścić ma się marzenie o baskijskim państwie, wykrojonym z czterech prowincji Hiszpanii i części południowo-zachodniej Francji. Iratxe Sorzabal ma obecnie szansę, by zająć miejsce Mendinuety.
Izaskun Lesaka, lat 34, niewykluczone, że w hierarchii ETA jest jeszcze wyżej. 2002 roku uciekła z Hiszpanii. Co się z nią działo potem, nie za bardzo wiadomo. Mówi się, że jest autorką komunikatów organizacji oraz jedną z trzech osób mających nad nią polityczną kontrolę i wydających rozkazy grupom bojowym.
„Droga do przywództwa wiedzie przez udział w walce”, mówi historyczka Carrie Hamilton. „To nieuchronne, że w pewnym momencie niektóre kobiety zajmą pozycje przywódcze”.
Statystyki i niepotwierdzone przesłanki wskazują, że po 2002 roku, kiedy tylko 12 proc. więźniów związanych z ETA było kobietami, sytuacja zmieniła się gwałtownie. W 2009 roku odsetek ten wzrósł do prawie 25 proc. Jeśli ostatnie aresztowania mają być jakimś wskaźnikiem, to teraz proporcje prawie się wyrównały. Nie wszystkich to zaskakuje. Kobiety były tam obecne od początku, choć prawie zawsze na drugim planie. Dbały o kryjówki, przechowywały działaczy albo broń. Śledziły polityków i policjantów podczas mszy, siedząc skromnie w tylnych ławach kościoła.
Pierwsze kobiety, które weszły do grup bojowych, uważały swoją płeć za przeszkodę. Najbardziej osławiona była Idoia López Riaño, alias La Tigresa (tygrysica), zielonooka i atrakcyjna, zabójczyni, którą policja, dziennikarze i niektórzy z tych, którzy skruszeli i poszli na współpracę, przedstawiali jako krwiożerczego ludojada i potwora. Powiadają, że krążyła po dyskotekach, żeby podrywać na jedną noc młodych policjantów, a kilka dni później bez mrugnięcia okiem zasypywała innych kulami. Teraz odbywa trzydziestoletni wyrok za 23 morderstwa. „Zwykła skarżyć się, że w porównaniu z mężczyznami kobiety muszą sprawdzić się w dwójnasób”, wspomina były towarzysz broni.
W ostatniej dekadzie pojawił się nowy trend. Pierwszym symbolem zmian była Olaia Castresana, dwudziestodwuletnia wychowawczyni z zerówki w San Sebastian. W dni robocze opiekowała się dziećmi poniżej szóstego roku życia; w weekendy i podczas wakacji wysadzała w powietrze budynki i zabijała ludzi. W końcu, w 2001 r., w kurorcie Torrevieja bomba wybuchła jej w rękach. Eksplozja była tak silna, że strzępy ciała i kawałki muru wpadały do pobliskiego basenu. Castresana została nową „męczennicą”. ETA nazwała później jej imieniem jedno ze swoich komand.
Wkrótce policja zauważyła gwałtowny wzrost liczby kobiet wśród baskijskich terrorystów. Niektóre, jak Soledad Iparraguirre stanęły na czele grup bojowych. Iparraguirre była wśród hiszpańskich policjantów legendą. W wieku 20 lat poprzysięgła zemstę, po tym jak funkcjonariusze zabili w strzelaninie jej chłopaka. Policja namierzyła ją w 2004 r., razem z narzeczonym, przywódcą ETA Mikelem Albisu, w wiejskim domu we Francji. Mieszkał tam też ich ośmioletni syn, znany jako Pierre.
19 czerwca, w dniu zabójstwa inspektora Eduardo Puellesa, wysokiego rangą policjanta z wydziału antyterrorystycznego, życie toczy się zwykłym rytmem w uczęszczanym przez separatystów barze Herriko Taberna w Bilbao. Na ścianie wiszą trzy rzędy kolorowych fotografii; 24 ludzi w więzieniu tylko z tej jednej dzielnicy. Siedem kobiet. Trudno powątpiewać, kto jest bohaterem dla tych, którzy tu przychodzą. Barmanka przyznaje, że zna twarze ze zdjęć, ale nie jest rozmowna. „Sama byłam więziona”, wyjaśnia napełniając szklanki piwem. „Nie chcę kłopotów”.
