W taki sposób nie uratujemy euro, przestrzega dziennik Süddeutsche Zeitung. Potajemne spotkanie unijnych ministrów finansów w sprawie kryzysu w Grecji sprawiło, że rządy UE utraciły resztki zaufania obywateli. Nad takim zachowaniem nie można przejść do porządku dziennego.
Rzadko zdarza się, by politycy wykazywali się tak dalece posuniętą nieodpowiedzialnością, jak to się stało w miniony piątek. W Berlinie, Brukseli, Paryżu, Rzymie i Luksemburgu przyjęto strategię pójścia w zaparte i mylenia tropów, a chwilami i kłamano prosto w oczy. A wszystko po to, by utrzymać w tajemnicy spotkanie kilku ministrów finansów, na którym – jak się później okazało – dyskutowano na temat pogrążającej się w kryzysie Grecji, lecz nie podjęto żadnych decyzji.
Przez zaledwie kilka godzin rządom eurolandu udało się zaprzepaścić resztki zaufania, jakie obywatele pokładali w pakietach ratunkowych dla krajów znajdujących się w tarapatach finansowych. Czy w przyszłości ktoś jeszcze uwierzy, że Grecja pod żadnym pozorem nie wystąpi z unii walutowej, jeśli prowodyrem całej akcji mataczenia był nie kto inny jak sam Jean-Claude Juncker, premier Luksemburga, a zarazem szef eurogrupy? Najpierw zaprzeczył na piśmie, jakoby w ogóle doszło do spotkania. Następnie zapewnił publicznie o swej wierze w determinację Grecji. W końcu na jaw wyszło, że to on osobiście zaprosił ministrów do swego kraju.
Obywatele mają prawo czuć się oszukani
W tej sytuacji każdy jako tako zainteresowany bieżącą polityką obywatel – nie bez dozy zdziwienia i irytacji – zacznie się zastanawiać, na ile dramatyczne jest rzeczywiście położenie Grecji. Czy mimo hojnej pomocy i zaręczania, że wszystko zmierza ku lepszemu, kraj ten nie znajduje się jednak na krawędzi bankructwa? Taki scenariusz oznaczałby pożegnanie się z jeszcze jedną obietnicą rządzących, a mianowicie z tą, że Grecy spłacą wszystkie udzielone im pożyczki z odsetkami i odsetkami od odsetek. Jeśli tak się nie stanie, cały ciężar spadnie oczywiście na podatników.
To nie pierwszy raz, kiedy obywatele mają prawo czuć się oszukani. Rok temu, gdy kryzys zadłużeniowy w Grecji zaczął przybierać coraz groźniejsze rozmiary i wszystko wskazywało na to, że Ateny będą potrzebować pomocy z zewnątrz, ci, w których rękach były decyzje, w Berlinie, Brukseli i innych stolicach europejskich z uporem przekonywali – aż tak dramatycznie wcale nie jest. Kiedy w ostatniej sekundzie postanowiono jednak o udzieleniu Grecji kredytów na sumę 110 miliardów euro, podatnikom pozostało tylko przecierać oczy ze zdumienia.
W identyczny sposób przebiegało wyciąganie z tarapatów Irlandii. Początkowo najważniejsze kraje strefy euro twierdziły, że nie widzą powodów do zmartwień, a rząd w Dublinie jest w stanie poradzić sobie z trudnościami w pojedynkę. I oto nagle – ni stąd, ni zowąd – zaczęto negocjować warunki pakietu pomocowego. W końcu przyszła pora na Portugalię. Ależ skąd, usłyszeliśmy, tamtejszy rząd zacisnął pasa i wdrożył odpowiednie reformy. Sytuacja jest co prawda napięta, ale pozwala patrzeć z nadzieją w przyszłość. Niedługo później okazało się, że Lizbony nie stać nawet na wypłatę wynagrodzeń dla urzędników państwowych, a ostatnią deską ratunku jest pomoc unijna.
Gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że zarówno kraje eurolandu, jak i Komisja Europejska oraz Europejski Bank Centralny przynajmniej na początku kryzysu zadłużeniowego nie zdawały sobie do końca sprawy z powagi sytuacji i być może zbyt długo wierzyły, że kraje poradzą sobie bez wsparcia z zewnątrz. Od minionego piątku sprawy mają się jednak inaczej. Po raz pierwszy bowiem celowo wprowadzono w błąd opinię publiczną. I choć minęło już kilka dni, nikt nie poczuwa się w obowiązku, by wyjaśnić lub przeprosić za to zdarzenie. Odpowiedzialne osoby milczą.
Oszustwo nie może pozostać bez konsekwencji
Jeśli politykom uda się z tego wywinąć, tym gorzej dla unii walutowej. Wszelkie próby mataczenia i oszustw to woda na młyn dla tych, którzy najchętniej zlikwidowaliby euro, a jednocześnie pożywka dla wyobraźni podatników wątpiących, czy kiedykolwiek uda się odzyskać pożyczone pieniądze.
Jeśli chodzi o nastroje w społeczeństwie, to niewykluczone, że politycy mogą sobie pozwolić na pewną ignorancję. Ale już rynki są nieubłagane. Wystarczył chaos informacyjny w piątek wieczór, by euro straciło dwa centy w stosunku do dolara. Inwestorzy woleli ulokować pieniądze w obligacjach amerykańskich. Jedno jest pewne: aby odzyskać zaufanie, piątkowa akcja celowego wprowadzenia w błąd opinii publicznej nie może pozostać bez konsekwencji.
