Przywódcy Polski, Niemiec i Francji, którzy spotkali się w Warszawie siódmego lutego postanowili zacieśnić trójstronną współpracę. Czas najwyższy, pisze Gazeta Wyborcza, oddalić groźbę powstania Europy dwóch prędkości.
Dwadzieścia lat istnienia Trójkąta Weimarskiego to przede wszystkim historia pełna rozczarowań. Do dziś nie udało się go przekuć w trwały sojusz Warszawy, Paryża i Berlina, który stałby się motorem rozszerzonej Europy. Co nie oznacza, że w przyszłości jest to niemożliwe.
Dotychczasowe porażki to po części wina wygórowanych ambicji politycznych Polski, a po części krótkowzroczności i braku zainteresowania przywódców Niemiec i Francji, którzy długo traktowali nas jak ubogich krewnych.
Berlin i Paryż pamiętają, że nie udało się w 2003 r. przekonać Warszawy, by ta nie popierała inwazji USA na Irak. Trójkąt nie zadziałał, gdy Europa Zachodnia uzgodniła z Rosją budowę gazociągu północnego, omijającego Polskę. Na nic się zdał również wówczas, gdy trwała wojna Gruzji z Rosją, a polski i francuski prezydent ścigali się, kto pierwszy znajdzie się w Tbilisi.
Trójkąt był jedynie nieformalną platformą do prowadzenia rozmów, a to, czy jest sens ją wykorzystywać, zależało już od dobrej woli polityków. W 2006 r. ewidentnie jej zabrakło, gdy Lech Kaczyński, obrażony na niemiecki niszowy dziennik za satyrę tam opublikowaną, zerwał szczyt Trójkąta w Weimarze.
Bronisław Komorowski, ściągając do Warszawy Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego, pokazał, że polsko-niemiecko-francuska platforma do rozmów ma jednak znaczenie, co jest niezwykle ważne w ostatnim trudnym dla UE czasie, gdy Europa obawia się podziału na tę ze wspólną walutą i tę bez niej.
Cały artykuł można przeczytać na stronie Gazety Wyborczej.
