Portugalia raczej się nie wywinie. Będzie musiała przełknąć gorzką pigułkę i przyjąć pomoc Unii i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Trwają trudne rozmowy w sprawie reformy funduszu stabilizacyjnego. Napięcie jest coraz większe, a między przywódcami iskrzy. Europa ma „problem komunikacyjny”.
Angela Merkel rozmawiała właśnie o kryzysie europejskiej waluty, gdy w jej kancelarii w Berlinie zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszała głos portugalskiego premiera José Socratesa.
Dzwonił, by poprosić o pomoc. Portugalia, jak się uważa, będzie trzecim krajem – po Grecji i Irlandii – który nie wytrzyma ciężaru swojego długu i będzie musiał polegać na pomocy, między innymi z Niemiec. Według świadków, Socrates był zdesperowany.
Spytał niemiecką kanclerz, co powinien zrobić, i obiecał, że zastosuje się do każdej rady. Z jednym wyjątkiem. Unii o pomoc, obwarowaną licznymi warunkami, nie poprosi. Powód? Jest zaniepokojony zapisem drobnym druczkiem na umowie.
Świadkowie opowiadają, że Merkel poprosiła Socratesa, by poczekał, i poszła skonsultować się ze swoimi potężnymi gośćmi, z Dominique’m Strauss-Kahnem, Francuzem stojącym na czele Międzynarodowego Funduszu Walutowego, i Giulio Tremontim, bardzo cenionym włoskim ministrem gospodarki, który forsuje ostatnio ideę wprowadzenia „euroobligacji” mających wybawić Stary Kontynent od trwającego już tak długo kryzysu.
Houston, mamy problem
Strauss-Kahn machnął tylko ręką na słowa portugalskiego premiera. Stwierdził, że nie wierzy w jego obietnice, bo Socrates i tak zignorowałby każdą radę.Ta sytuacja pokazuje doskonale, że – by użyć słów jednego z niemieckich polityków – Europa ma problem z komunikacją. Trwa przecież jeden z najgorszych kryzysów w historii Unii Europejskiej, a poziom zaufania między przywódcami jest bardzo niski. To poważnie utrudnia wspólną akcję ratowania euro.
Tymczasem w Brukseli unijni ministrowie finansów zmagali się z innym wyzwaniem, mianowicie – jak przebudować utworzony ponad pół roku temu fundusz stabilizacyjny, dzisiaj wynoszący 750 miliardów euro. Sytuacja jest patowa.
Komisja Europejska wzywa bowiem, by zagrożone kraje mogły pobierać z puli więcej pieniędzy niż dotąd. Tymczasem Niemcy stoją na czele grupy państw sceptycznych co do tego pomysłu. Przekonują, że Wspólnota nie powinna się śpieszyć z dokładaniem do funduszu ani też z poszerzaniem pola jego działania.
Koncepcje gospodarcze w strefie euro się rozjeżdżają. Niemcy i północna Europa wychodzą z kryzysu pewnym krokiem, ale południe Starego Kontynentu zmaga się z zamkniętym kołem deficytu i deflacji. Dochodzi do tego problem z długiem publicznym w połowie krajów strefy. W efekcie wspólnej walucie grozi realne niebezpieczeństwo. A sytuację pogarszają tylko tarcia między przywódcami państw gorączkowo próbujących poradzić sobie jakoś z recesją.
Interwencja niepotrzebna
Tego samego dnia, gdy w Berlinie Socrates otrzymywał czarną polewkę, José Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, ogłosił w Brukseli, że fundusz ratowania euro musi zostać wzmocniony. Merkel i jej minister finansów Wolfgang Schäuble zareagowali natychmiast, oświadczając, że interwencja, której domaga się Barroso, jest „niepotrzebna”.
Podobno w prywatnych rozmowach kancelaria Merkel była bardziej bezpośrednia. Kazała szefowi Komisji zamilknąć i nie wypowiadać więcej na temat 440 miliardów gwarantowanych przez państwa strefy euro. W końcu to nie jego pieniądze.
To nie pierwsza tego rodzaju przepychanka. Majowa pomoc dla Grecji poprzedzona przecież została pełnymi złości wymówkami dotyczącymi odszkodowań za drugą wojnę światową.
W listopadzie, gdy gorzką pigułkę musiała przełknąć Irlandia, politycy z Dublina narzekali, że wielcy Unii po prostu ich zastraszyli. Teraz nadszedł czas, by smak lekarstwa poczuły Portugalia i Hiszpania.
Olli Rehn, komisarz do spraw gospodarczych i walutowych, radzi dziś, by państwa strefy euro wystrzegały się „samozadowolenia”. Ma na myśli zarzucenie reformowania funduszu pomocowego.
Zaufanie ponad wszystko
Obiektem tej połajanki są rzecz jasna przede wszystkim Niemcy. Ale Berlin nie przejmuje się za bardzo Portugalią. Uważa się tu, że gospodarka kraju z Półwyspu Iberyjskiego jest zbyt mała, by znacząco wpłynąć na losy wspólnej waluty.
Podobną postawę Niemcy zajęli wobec Irlandii i Grecji. Jeśli zsumować PKB tych trzech państw, okaże się przecież, że stanowią one niecałe pięć procent wysokości tego wskaźnika obliczonego dla całej Wspólnoty, który szacuje się na 12 tryliardów euro.
Podstawowym zmartwieniem dla liderów eurolandu jest teraz zaufanie inwestorów do wspólnej waluty. Gdy Europejski Bank Centralny i Unia domagają się bardziej ambitnego i elastyczniejszego systemu pomocy, nie robią tego z myślą o Portugalii. Martwią się raczej tym, że na świecie – szczególnie w Stanach Zjednoczonych – wiara w ich strategię ratowania euro coraz bardziej słabnie.
Część inwestorów, szczególnie po drugiej stronie Atlantyku, uważa, że dni wspólnej europejskiej waluty są policzone, a plan jej wzmacniania niczego nie przynosi. W efekcie na Stary Kontynent płynie mniej pieniędzy. „Rynki nie wierzą w pakiet ratunkowy. Niektórzy Amerykanie dają euro ledwie parę lat”, uważa jeden z europejskich polityków.
