Europa stanęła na rozdrożu, ale wciąż ma się czym dzielić się z resztą świata; jej polityczny, społeczny i gospodarczy model pozostaje atrakcyjny, pisze Paweł Świeboda.
Europa przeżywa kryzys, ale na szczęście w powietrzu nie unosi się zapach prochu, jak to było 60 lat temu. Europejski projekt ma solidną konstrukcję budowaną przez lata skrupulatnej pracy. Jego istnienie łagodzi napięcia i tarcia buzujące pod powierzchnią. Obecne przesilenie jest tak ważne nie dlatego, że gospodarka znalazła się w tarapatach, ale ponieważ bycie razem straciło swój urok. Wspólnota wciąż pozostaje całkowicie racjonalnym rozwiązaniem, ale iskra ekscytacji zgasła.
Problem jest zarazem psychologiczny i rzeczywisty. Ten pierwszy dotyczy – wszystko jest względne, niemniej tak to należy nazwać – schyłku Europy i jej polityki próbującej zapanować nad tym, jak ten schyłek ma wyglądać, i zminimalizować jego efekt. Dominujący nastrój jest defensywny.
Jeżeli to, z czym mamy do czynienia, jest kryzysem wieku średniego, to w przypadku człowieka istnieją zwykle dwa podstawowe zalecenia – albo znajdź lepsze sposoby radzenia sobie ze stresem, unikaj alkoholu, ćwicz jogę itd., albo zaakceptuj fakt, że nie jesteś już młody i ujrzyj w tym szansę do krytycznej samooceny i być może zmiany swego życia i kierunku, w którym ma ono zmierzać; poszerz zainteresowania, wybierz się w tam, dokąd zawsze chciałeś pojechać, podejmij studia albo zacznij uprawiać sport. Albo patrz, jak dorastają twoje dzieci lub wnuki.
Ćwiczenia są zawsze pożyteczne
Dotąd Europa zawsze próbowała się odmłodzić i grać rolę wiecznego młodzieniaszka. Taka logika stała zarówno za traktatem lizbońskim, jak i agendą klimatyczną. Ćwiczenia są zawsze pożyteczne i nawet wtedy, gdy Unia zreformuje już swoją politykę makroekonomiczną, wciąż będzie musiała radzić sobie z wyzwaniami natury strukturalnej, takimi jak zmieniające się trendy demograficzne.
Ja jednak marzę o Europie, która znalazła wewnętrzny spokój i akceptuje siebie. Nie powinniśmy mieć złudzeń. Jeżeli Chiny, Indie i inne wschodzące potęgi nie przeżyją jakiegoś gwałtownego załamania, będzie się musiało dla nich znaleźć miejsce przy stole. Trudno oczekiwać, że globalny wpływ Starego Kontynentu pozostanie niezmieniony, skoro prognozy mówią, że o ile w 1900 r. żyło na nim 25 procent światowej populacji, o tyle w 2050 będzie to tylko 5 procent .
Powinniśmy również zacząć zdawać sobie sprawę, że możemy nauczyć się bardzo wiele od innych. Istnieje zgoda w Europie co do tego, że źródłem rozwoju musi być innowacyjność i przedsiębiorczość. Wydaje się jasne, że jeżeli chodzi o poprawę infrastruktury „wzrostowej”, zwłaszcza jakości edukacji akademickiej, oraz postęp na polu komercjalizacji wiedzy, Europa może wiele skorzystać na doświadczeniach innych – Singapuru, Australii czy USA.
Wspólny rynek – jedno z największych osiągnięć Unii
Nie chodzi o to, by siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak inni zajmują miejsca w pierwszym szeregu. Chodzi raczej o przygotowanie się na długi marsz; kiedyś zalety naszego modelu politycznego, gospodarczego i społecznego znowu się ujawnią, gdy inni rozpędzą się za bardzo i wpadną na mieliznę. Europa ma jeden z najlepszych na świecie modeli zarządzania opieką zdrowotną czy polityką społeczną. Rozwiązania te staną się mocnymi atutami, kiedy inne kraje doświadczą rosnących oczekiwań własnej opinii publicznej i zmiany perspektyw demograficznych.
Europa powinna powrócić do podstaw, „rozwinąć rdzeń”, jak mawiają stratedzy biznesu. Dla UE oznacza to przede wszystkim wyciśnięcie maksimum korzyści ze wspólnego rynku. Kiedy spojrzymy wstecz, jego istnienie okaże się jednym z największych osiągnięć Unii w ogóle. Wszyscy jednak byliby zszokowani, gdyby usłyszeli, jakiego rodzaju bariery i utrudnienia zostały stworzone, by jego potencjał nie mógł być w pełni wykorzystany. Ponad połowa europejskich przedsiębiorców twierdzi, że doświadcza rozmaitych przeszkód w oferowaniu swoich produktów w innych krajach Wspólnoty, nie wspominając już o przepływie usług czy kapitału. Nadszedł czas, by to zmienić.
Taka agenda „pozytywistyczna” oznacza również wierność naszym wartościom i pracę nad usprawnieniem europejskich systemów politycznych. W czasach kryzysu jakość demokracji jest zwykle ostatnią rzeczą, o jaką ludzie się martwią. A jednak wiele należy uczynić dla modernizacji świata publicznej odpowiedzialności i wiarygodności w Europie. Spośród rozmaitych sposobów wywierania wpływu jednym z najtrwalszych i najskuteczniejszych jest prezentowanie atrakcyjnego modelu zarządzania. Powinniśmy go pielęgnować.
Nie ma nic złego w tym, że świat będzie bardziej zróżnicowany
Wreszcie „powrót do źródeł” oznacza skierowanie uwagi przede wszystkim na sąsiadów Unii i kandydatów do członkostwa. Imponujący postęp osiągnięty przez kraje takie jak Turcja stanowi dla Europy szansę wzmocnienia wpływu w swym najbliższym otoczeniu. Członkostwo w UE to wciąż najważniejszy temat polityczny w Ankarze, chociaż nie jedyny. Brukseli zabraknie wkrótce rozdziałów do otwierania w negocjacjach akcesyjnych z tą muzułmańską potęgą. Zbliża się moment prawdy. Będziemy żałować, jeżeli go przegapimy.
Nie ma nic złego w tym, że świat będzie bardziej zróżnicowany. Mieszkając przez kilka lat w Londynie, nie mogłem zapomnieć o uwadze Deana Achesona z 1962 r. o tym, że, straciwszy imperium, Wielka Brytania nie znalazła jeszcze dla siebie nowej roli. Spostrzeżenie to, wciąż aktualne nad Tamizą, dzisiaj nabiera także sensu dla całej Europy. Podobnie jak Wielka Brytania radzi sobie całkiem dobrze bez imperium, tak Europa obędzie się bez swych wielkich idei.