Na stacjach benzynowych brakuje paliwa, na ulicach płoną samochody, a szkoły są zamknięte na cztery spusty. Protesty przeciwko reformie systemu emerytalnego, w których udział wzięły miliony obywateli, sprawiły, że Francja pogrąża się w chaosie. Tak naprawdę nie chodzi tylko o emerytury – pod znakiem zapytania stanął cały system państwowy.

Do protestujących dołączyli właśnie kierowcy TIR-ów. Zablokowali ulice i autostrady, dają w ten sposób wyraz swemu niezadowoleniu z powodu planowanej reformy systemu emerytalnego.

Od słów do czynów przeszli już wcześniej pracownicy rafinerii – przed magazynami ropy naftowej wznieśli barykady i tym samym jak Francja długa i szeroka brak regularnych dostaw paliwa. Od kilku dni strajkują też pracownicy kolei, a do ofensywy szykują się uczniowie i studenci. Wszyscy razem wyszli na ulice, by po raz siódmy sparaliżować cały kraj.

Socjologowie przestrzegają, że protesty mogą się rozprzestrzeniać i przybierać na sile. Demonstrantom puszczają bowiem nerwy, a emocje powoli zaczynają sięgać zenitu. Manifestanci mają już nawet w swych szeregach pierwszego męczennika.

W trakcie starć młodych ludzi z policją jeden z gumowych pocisków trafił w szesnastoletniego Geoffrey’a Tidjaniego. Prawdopodobnie nie będzie widział na jedno oko.

Powtórka za maja 68'?

Obserwowanie rozwoju sytuacji nakazuje socjologowi Michelowi Fize doszukiwać się analogii z obrosłymi legendą wydarzeniami z maja 1968 r. Jak dotąd nic jednak nie zapowiada powtórki sprzed czterdziestu lat, kiedy miliony (głównie młodych) Francuzów wyległy na ulice, niosąc na sztandarach hasła nowego porządku społecznego oraz powszechnej szczęśliwości.

Dziś po tego typu wizjach i postulatach śladu nie zostało. Wręcz przeciwnie – w wypowiedziach młodych ludzi dominuje przekonanie o całkowitym braku perspektyw.

Przywódcy związków zawodowych oraz opozycyjni politycy twierdzą, że uczestnicy protestów wyznaczyli sobie bardzo konkretny cel, a mianowicie storpedowanie reformy systemu emerytalnego, która postrzegana jest jako niesprawiedliwa. Taka interpretacja nie wydaje się jednak przekonująca, to zbytnie uproszczenie. Sama reforma, nawet jeśli ma kilka poważnych wad, nie tłumaczy protestów na taką skalę.

Badania opinii publicznej pokazują wyraźnie, że większość Francuzów przyjęła do wiadomości argument o przedłużającej się średniej długości życia i pogodziła się z faktem, że aby otrzymywać emeryturę w pełnej wysokości, trzeba pracować dłużej. Jak to zatem możliwe, że przytłaczająca większość społeczeństwa jest gotowa sięgnąć po ostateczne środki, by dać wyraz sprzeciwu wobec reformy, którą w gruncie rzeczy zaakceptowała?

Większość, bo 72% Francuzów deklaruje solidarność z demonstrantami, a także opowiada się za tym, by w razie potrzeby pokazać sprzeciw strajkami nieograniczonymi w czasie. Naturalnie, nikt nie ma wątpliwości, że podwyższenie wieku emerytalnego z 60 do 62 lat jest niesprawiedliwe.

Takie rozwiązanie oznacza bowiem, że robotnicy, którzy zaczynają pracę zarobkową zwykle w młodszym wieku, będą musieli harować na emeryturę 44 lata, podczas gdy pracownicy na stanowiskach kierowniczych otrzymają świadczenia w pełnej wysokości już po 41,5 roku. Trudno jednak uwierzyć, że z tego powodu dwie trzecie społeczeństwa godzi się na paraliż całego kraju.

Obecne protesty to tak naprawdę protesty dla zasady. Owszem, ich główną przyczyną jest reforma emerytalna, jednak milionami ludzi wylegającymi na ulice kieruje przede wszystkim poczucie ogólnej niesprawiedliwości oraz podejrzliwość wobec „tych na górze”, którzy od ludu oczekują ofiar i poświęcenia, podczas gdy sami prowadzą hulaszczy tryb życia. Nastroje te nasiliły się zwłaszcza za kadencji Nicolasa Sarkozy’ego.

W obronie równości i braterstwa

Minister pracy Eric Woerth, który miał za zadanie przekonać wyborców do zmian w emeryturach, spotkał się z podejrzewaną o przestępstwa podatkowe miliarderką Liliane Bettencourt. W jej rezydencji uzgadniał szczegóły wsparcia finansowego dla znajdującej się u władzy Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP). To nie pierwszy i nie ostatni epizod niekończącej się historii matactw na najwyższych szczeblach.

Tak oto w duchu rewolucji z 1789 r. Francuzi po raz kolejny postanowili skorzystać z wywalczonej wolności, by głośno domagać się równości i braterstwa we własnym państwie. Któż inny bowiem zatroszczy się o te wartości jak właśnie prosty lud?

Na mocy konstytucji V Republiki obowiązującej od 1958 r. prezydent otrzymał pełnię władzy porównywalną z tą przypisaną monarsze. W imię stabilności politycznej prerogatywy parlamentu i partii politycznych ograniczono do minimum. Przynależność do związków zawodowych znajduje się we Francji na poziomie 8%, z czego wynika, że są one słabsze, niż można by przypuszczać, sądząc po gromkich wezwaniach do strajków.

W sytuacji, gdy władza państwowa jest w dużym stopniu skupiona w jednym ośrodku, to właśnie obywatele – jak zwykle wobec tych, którzy ją sprawują, nieufni – poczuwają się w obowiązku, by wyznaczyć rządzącym jasne granice.

Politycy bardzo dobrze rozumieją powagę sytuacji. Rząd upiera się co prawda przy reformie emerytalnej w proponowanym kształcie, jednak ogłosił już, że rozważa zniesienie limitu podatkowego dla bogatych.

Minister ds. budżetu François Baroin przyznał, że rozwiązanie to – wprowadzone przez Sarkozy’ego – stało się symbolem niesprawiedliwości społecznej. Pytanie tylko, czy takie posunięcie wystarczy, by uspokoić nastroje w kraju. Jak na razie się na to nie zapowiada.