„Humanitarna” repatriacja kilkuset Romów, zwłaszcza z Francji do Rumunii i Bułgarii, jest posunięciem cynicznym i demagogicznym – ocenia bułgarski komentator Svetoslav Terziev. Co więcej, nie rozwiązuje problemu ich integracji.
Francja obiecała, że przez najbliższe trzy miesiące zlikwiduje połowę istniejących na jej terytorium nielegalnych obozowisk, a Romów je zamieszkujących odeśle do Rumunii i Bułgarii. Kraje te, w geście frankofońskiej solidarności [oba należą do Międzynarodowej Organizacji Frankofonii], zobowiązały się ich przyjąć, a nawet wysłać swoich policjantów, żeby pomogli francuskim kolegom. Paryż dostał zielone światło na przeprowadzenie tej operacji od Komisji Europejskiej, która nie miała do pomysłu żadnych zastrzeżeń.
Tym samym nie ma już przeszkód, by na kontynencie została podjęta największa masowa deportacja od czasów drugiej wojny światowej. Bo chodzi przecież o tysiące ludzi. A skutek? Rumuńscy i bułgarscy Romowie wrócą do siebie, spędzą trochę czasu z bliskimi i znów ruszą do Francji. Dlaczego? Bo znają już drogę i są pewni, że znajdą tam lepsze warunki bytowania niż w dwóch najbiedniejszych krajach Unii Europejskiej.
Najłatwiej obarczyć winą innych
Romowie są z natury koczownikami i z trudem przystosowują się do naszego osiadłego stylu życia. Tych, którzy zmienili obyczaje, jest niewielu. Pozostali kontynuują wędrówkę rozpoczętą pięć wieków temu przez indyjskich przodków. Duże skupisko Romów na Bałkanach powstało z dwóch powodów: najpierw wpuścili ich tam Turcy osmańscy, potem komunizm, budując żelazną kurtynę, powstrzymał ich migrację na Zachód. A kraje zachodnie, w tym zwłaszcza Francja, też się do tego przyczyniły, od XVII wieku prześladując Romów bezustannie.
Prześladowania te osiągnęły apogeum w czasach nazizmu. Insynuowanie, jakoby Bułgaria i Rumunia dopuszczały się segregacji rasowej, zmuszając w ten sposób Romów do wyjazdu, są niegodne, ponieważ te dwa państwa, historycznie rzecz biorąc, udzielały im raczej schronienia wobec powszechnej wrogości reszty Europy. Bułgaria i Rumunia nie mogą też być oskarżane o to, że celowo „kultywują” własną biedę, by uwolnić się od romskiej ludności. Europa nie rozwiąże tego problemu, działając obłudnie. Wymachując sztandarem praw człowieka, oskarża dziś Bukareszt i Sofię, że za mało robią, by przyspieszyć integrację Romów.
„Policyjne” metody niczego nie rozwiązują
Jednocześnie włoskie i francuskie władze twierdzą, że nie wyrzucają Romów ze swoich krajów, z braku tolerancji, lecz wyłącznie dlatego, że nie życzą sobie, by cudzoziemcy gwałcili panujące u nich prawa. Dąży się najwyraźniej do „policyjnego” rozwiązania problemu – wypędzi się ich do krajów-gett, które zresztą nie mają prawa ani środków, by ich u siebie zatrzymać.
Protokół nr 4 do „Europejskiej Konwencji Praw Człowieka” i europejskie konwencje dotyczące swobody przemieszczania się jasno stanowią, że każdy obywatel UE ma prawo wyjechać ze swojego kraju i podróżować w nieskrępowany sposób po kontynencie. Owszem, Bułgaria i Rumunia mogłyby zatrzymać u siebie Romów, ale musiałyby przywrócić przepisy z czasów komunizmu, w myśl których każdy obywatel pragnący wyjechać z kraju musiał otrzymać na to urzędową zgodę.
Francja wie zresztą, jak można ten problem rozwiązać: wprowadziła na swoim terytorium status „podróżników”. Ale czy odważy się zaproponować, by został on zastosowany na skalę europejską? Paryż zobowiązuje wszystkie gminy liczące ponad 5000 mieszkańców do urządzenia terenu zasilanego w bieżącą wodę i prąd, nadającego się do przyjęcia „podróżników”.
Dzięki temu koczowanie staje się bardziej cywilizowane i zaczyna przypominać życie na kempingu. Zamiast inwestować w nowoczesne getta w Rumunii i Bułgarii, Unia Europejska powinna zadbać o powstanie takich miejsc na całym kontynencie, by mogli w nich żyć Romowie pragnący kultywować tradycję wędrówki. Bo Romowie są od wieków Europejczykami i nie ma mowy o tym, by wrócili do Azji.
