Nie wzbudzając zachwytu prawicy, z której się wywodzi, ale też nie czując na karku oddechu żadnego kontrkandydata lewicy, przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso najprawdopodobniej łatwo zapewni sobie reelekcję na rozpoczynającym się 18 czerwca unijnym szczycie w Brukseli. I wielka szkoda, pisze David Cronin w Guardianie.
Podczas następnych kilku tygodni w Brukseli będzie się, tak naprawdę, mówiło tylko o jednym: o posadach. Ta radosna paplanina nie za wiele będzie miała wspólnego z ponurą litanią zwolnień z pracy, którą można znaleźć w serwisach informacyjnych na całym świecie. Będzie się koncentrowała na tym, jakie fotele zdoła sobie załatwić arogancka klika nudnych i zbyt szczodrze opłacanych mężczyzn (i jednej czy dwóch kobiet).
Spekulacje na temat przyszłości José Manuela Barroso z pewnością nie umilkną po tym, jak oficjalnie ogłosił on chęć zostania szefem Komisji na drugą pięcioletnią kadencję. Choć Barroso podkreślił, że jego ponowny wybór jest w rękach rządów państw Unii i eurodeputowanych, byłbym zdziwiony, gdyby napotykał na tyle silny opór, by jego ambicje legły w gruzach. I wielka szkoda. Zwolennicy przewodniczącego sugerują, że ma on coś w rodzaju mandatu zaufania, ponieważ jest członkiem partii centroprawicowej, a centroprawica wygrała zeszłotygodniowe wybory do Parlamentu Europejskiego. A jednak żaden wyborca w żadnym z dwudziestu siedmiu krajów Unii nie widział na kartce do głosowania nazwiska Barroso. Nie słyszałem też o żadnym kandydacie czy kandydatce, którzy by mówili, że to ich mamy popierać, a to dlatego, by Barroso został wybrany na drugą kadencję.
Nie dość że szef Komisji nigdy nie uzyskał legitymacji w demokratycznych wyborach, to jeszcze kilkakrotnie dostał żółtą kartkę od obywateli Unii, kiedy ci mieli okazję wypowiedzieć się, co sądzą o jego polityce. Po tym, jak unijna konstytucja, której był orędownikiem, została w 2005 roku odrzucona w referendach we Francji i Holandii, Barroso i przywódcy państw członkowskich lekko ją zmodyfikowali i przedstawili ponownie jako traktat lizboński.
Niemal dokładnie rok temu traktat ten został odrzucony w Irlandii, jedynym kraju, który poddał go pod ogólnokrajowe głosowanie. Ale pan przewodniczący odmówił przyjęcia tego do wiadomości i nalega, by irlandzkie referendum zostało powtórzone.
Pogarda dla demokracji, jaką ucieleśnia Barroso, jest podstawowym powodem, dla którego powinien zostać po prostu wylany, ale istnieje też wiele innych. W czasie kiedy światowe problemy ekonomiczne i te związane ze środowiskiem wymagają od przywódców bezinteresowności połączonej ze świeżością spojrzenia, Barroso zwrócił się ku ludziom, którzy niczego nowego już nie wymyślą, a których chciwość trudno zaspokoić.
W sprawie walki z kryzysem finansowym radził się Calluma McCarthy’ego, byłego szefa brytyjskiej Komisji Nadzoru Finansowego (FSA), a to on zaledwie w 2007 roku nazwał wezwania do ściślejszego nadzoru nad bankami „przesadną reakcją”. Doradcą przewodniczącego do spraw globalnego ocieplenia został Peter Sutherland z British Petroleum, firmy, którą w 2005 roku uznano za jednego z dziesięciu największych trucicieli na świecie.
Kilkakrotnie Barroso przedkładał interesy prywatnych przedsiębiorstw nad interes publiczny. Promował liberalizację rynku usług podstawowych, wspólnie z Peterem Mandelsonem wymuszał na biednych krajach przyjęcie niekorzystnych dla nich umów o wolnym handlu, był orędownikiem genetycznie modyfikowanej żywności i zwolennikiem wpuszczenia na rynek tysięcy produktów chemicznych bez zbadania ich wpływu na ludzkie zdrowie.
Pięć lat temu Barroso musiał wycofać się z planów powołania Rocco Buttiglionego – bliskiego przyjaciela papieża Jana Pawła II – na komisarza ds. sprawiedliwości, ponieważ eurodeputowanych oburzyły jawnie homofobiczne poglądy kandydata. Wtedy padła obietnica zwrócenia większej uwagi na prawa podstawowe, ale Komisja, której przewodniczył, wahała się z wprowadzeniem nowych przepisów przeciwko dyskryminacji. A w kwestiach azylantów i imigrantów szła po linii wyznaczonej przez skrajną prawicę, proponując, by osoby, których wnioski o azyl zostało odrzucone, mogły być przetrzymywane w areszcie nawet przez półtora roku.
Poza tym Barroso wciąż jeszcze nie wyjaśnił w przekonujący sposób, czy i w jaki sposób portugalski rząd, którego wówczas był premierem, pomagał amerykańskiej CIA w przetrzymywaniu i torturowaniu więźniów. Pacyfiści nigdy nie zapomną mu szczytu na Azorach w 2003 roku, gdzie George Bush i Tony Blair dogadali szczegóły planu nielegalnej inwazji, która skąpała Irak we krwi. Świeżo wybrani członkowie Parlamentu Europejskiego złożyli w trakcie kampanii niezliczone obietnice służenia interesom obywateli Unii. Jeżeli mówili poważnie, to powinni już dziś posłać pana Barroso na zieloną trawkę.
David Cronin
