Sześćdziesiąt lat po ogłoszeniu deklaracji Schumana 9 maja 1950 r., która to dała początek projektowi europejskiemu, kryzys strefy euro narusza tę polityczną konstrukcję. By ponownie uwierzyć w siebie, kraje członkowskie UE powinny porzucić stereotypy z minionych dziesięcioleci, ocenia Frankfurter Allgemeine Zeitung.
W grudniu ubiegłego roku wszedł w życie traktat lizboński. Trzeba było niemal dziesięciu lat, by modyfikacja europejskich umów stała się faktem. Większość uczestników tych mozolnych negocjacji była już nimi tak zmęczona, że nie zamierzała podejmować w przewidywalnej przyszłości kolejnej reformy.
Nie wiadomo, czy w wyniku kryzysu greckiego nie okaże się to konieczne. Czy nie trzeba będzie wprowadzić zmian do artykułów traktatu dotyczących finansów publicznych i budżetu. Nie zanosi się jednak na to – mimo kryzysu – że ponowione zostaną próby jego modyfikacji w taki sposób, aby umożliwić karanie niepoprawnych „grzeszników” poprzez pozbawienie ich prawa do głosowania czy nawet wykluczenie z unii walutowej.
Niewielu jest w każdym razie Europejczyków, którym przyszłoby do głowy, że aż tak szybko zacznie się mówić o modyfikacji traktatu. Wielu wierzyło, że dzięki „Lizbonie” Unia Europejska wejdzie wreszcie w fazę wewnętrznej konsolidacji i umocnienia swojej pozycji na zewnątrz. Może nadzieja ta była od początku zbyt zuchwała, by nie powiedzieć całkowicie płonna.
Tak czy owak kryzys finansowy i problemy związane z zadłużeniem przynajmniej częściowo ją unicestwiły. Sytuacja się zmieniła: głównym tematem debat stały się zagrożenia, jakie niesie grecka katastrofa dla strefy euro. Zwykli ludzie i politycy martwią się o stabilność wspólnej waluty i spójność unii walutowej.
Czy unia walutowa jest faktem nieodwracalnym?
Szybkość, z jaką przywódcy europejscy działali przez ostatnie dni, by zapobiec krachowi greckiego państwa, świadczy o utracie nadziei i uczuciu strachu. Bo nie chodzi już tylko o Grecję, chodzi o ratowanie euro. Czy stabilność europejskiego pieniądza jest istotnie zagrożona wyjątkową sytuacją finansową kraju będącego w końcu nie zbyt dużą częścią całej gospodarki kontynentu? Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie zadałby sobie takiego pytania.
Czy unia walutowa, z jej rzekomą wspólnotą losów, jest rzeczywiście czymś tak nieodwracalnym, jak twierdzili jej założyciele? Czy UE naprawdę zmierza do ściślejszego zjednoczenia tworzących ją narodów? I czy narody te w ogóle sobie tego życzą? Gwałtowne reakcje społeczne związane z greckim kryzysem każą w to wątpić. Wszystko wskazuje na to, że znaleźliśmy się na takim etapie, który już nie pozwala niczego uznawać za pewnik.
Co więcej, niektórzy europejscy decydenci narzekają na tzw. renacjonalizację, spoglądając podejrzliwie na Berlin. Jeśli Niemcy stracą zaufanie do wspólnej waluty, ich zapał do Unii jeszcze bardziej osłabnie. Nic nie budzi takiego sprzeciwu, jak domaganie się od Niemiec, by pełniły rolę darczyńcy Europy. A mówienie o tym, że miałoby to służyć ich interesom nie spotka się z żadnym odzewem w atmosferze powszechnego niezadowolenia.
Niezadowolenia, które rośnie na skutek adresowanych do Niemców apeli o okazanie „solidarności” w sytuacji, gdy większość z nich uważa, że okazali się wyjątkowo „solidarni”, gdy zrezygnowali z marki, tymczasem Grecja, chcąc za wszelką cenę wejść do unii walutowej, dopuściła się szachrajstw.
Różnorodność stanowi o uroku Europy
Nie ma sensu odśpiewywać dziś żałobnej pieśni i żegnać się ze wspaniałym wspólnotowym dorobkiem. To jeszcze nie kres zjednoczenia Europy. Może po prostu nadszedł czas, by uwolnić się od paru stereotypów i pogodzić się z kilkoma prawdami. Prawda pierwsza: dwadzieścia lat po upadku muru zjednoczenie Europy nie przebiega już tak dynamicznie jak dawniej.
Prawda druga: twierdzenie, że globalizacji można się oprzeć tylko poprzez zjednoczenie, mniej się ludziom kojarzy z potrzebą takiego właśnie procesu, a bardziej z „pierwotnym motywem” wojny i pokoju. Ale pamięć o wojnie się zaciera.
Cel jest więc jasny: trzeba zachować to, co mamy, a przede wszystkim euro. Nie wolno jednak minimalizować wewnętrznych sprzeczności w sferze kultury, polityki i gospodarki, na przykład różnego pojmowania polityki budżetowej.
Wszystkiego naraz zrobić się nie da. Różnorodność świadczy o uroku Europy, ale jest też jej wieczną słabością, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba się zmierzyć z innymi światowymi potęgami. Taka już Europa jest, nic się na to nie poradzi.
