Po wyborach parlamentarnych 6 maja Brytyjczycy nie tylko będą mieli nowy rząd, lecz niewykluczone, że i nowy system rządów. Gorszy, bo koalicyjny, pisze tygodnik Polityka.
Wielka Brytania – kraj wolnej przedsiębiorczości, z największym w Europie centrum finansowym, londyńskim City, i rekordową liczbą ludzi naprawdę bogatych – zeszła na psy. Pojawiają się opinie, że jest chorym człowiekiem Europy; z deficytem 180 mld funtów szterlingów Londyn nie ma co wybrzydzać na grecki bałagan.
Państwo ma się kiepsko, ale i ludziom nie wiedzie się lepiej. Jak podkreśla Marek Ostrowski w najnowszym numerze warszawskiego tygodnika, w 1997 r., kiedy Labour Party dochodziła do władzy, 40 proc. Brytyjczyków uważało, że kraj jest coraz gorszym miejscem do życia, a za Gordona Browna, i jeszcze przed kryzysem, odsetek mających taki pogląd urósł aż do 73 proc.!
Nic zatem dziwnego, że wszystko wskazuje na to, iż wybory wygrają konserwatyści z David Cameronem na czele. Najwięcej zamieszania na brytyjskiej scenie politycznej zrobił jednak nie lider Torysów, lecz do niedawna mało znany przywódca liberałów Nick Clegg. Po jego zwycięstwie w pierwszej debacie telewizyjnej notowania Liberalnych Demokratów poszybowały w górę.
Clegg zawłaszczył hasło zmian lansowane wcześniej przez Camerona i wniósł tak potrzebną świeżość do brytyjskiej polityki. Wiele wskazuje na to, że po czwartkowych wyborach, to właśnie on będzie decydować, kto ostatecznie przejmie władzę w Wielkiej Brytanii. Mało tego, może nawet przeforsować zmianę tradycyjnego dwupartyjnego systemu na Wyspach, który dyskryminuje mniejsze ugrupowania.
Cały artykuł można przeczytać na stronie tygodnika Polityka...
