Kawiarnie są kwintesencją europejskości. To miejsca, gdzie wykluwały się kolejne awangardowe pomysły, krystalizowały idee mogące zmieniać świat. Dziś wypierają je kawowe'fastfoody', ubolewa Joana Bonet.
Filiżanka kawy to coś dużo więcej niż tylko środek pobudzający i pretekst, by zrobić sobie krótką przerwę. To ona wyznacza początek dnia, stawiając nas na nogi, to ona jest główną atrakcją obiadu, wreszcie to ona pozwala jakoś przetrwać martwe godziny.
Dzięki niej – a może nam się tak tylko wydaje – nasz umysł otwiera się na nowe doznania, a my wyzwalamy się z oszołomienia, nabieramy siły. „Spotkajmy się na kawie”, to doskonała formuła. Wyraża to wszystko, co jest istotą życia towarzyskiego – poufne zwierzenia i bliskość.
„Mała kawa” – czy nie tak mawiamy ze szczyptą czułości. To magiczne słowa, które prowadzą właśnie ku spotkaniu i sprzyjają sztuce konwersacji. W wykładzie wygłoszonym przed pięcioma laty w Amsterdamie, a zatytułowanym „Pewna idea Europy”, George Steiner pozwolił sobie na pozornie błahe stwierdzenie: „Dopóki będą istnieć kawiarnie, idea Europy będzie trwać”. W obliczu masowej absencji i obojętności, jakie ujawniły się podczas ostatnich wyborów (absencja na poziomie 59,9 proc., a więc powyżej historycznego minimum z 2004), zastanawiam się, co się stało z wielką europejską kawiarnią.
Kawiarnia była agorą. Między café noisette serwowaną w paryskiej Les Deux Magots, maquillato wypijanym w Pedrocchi w Padwie a kawą po wiedeńsku podawaną z buchteln w wiedeńskiej Hawelce, wymieniano myśli, co służyło życiu towarzyskiemu na Starym Kontynencie.
Historia Europy ukształtowała w modernistycznych XVIII-wiecznych kawiarniach, które udzielały gościnny kolejnym awangardom. W weneckiej kawiarni Florian, w której Giacomo Casanova uwodził swe kochanki, a Proust łapał oddech; przy stoliku w Café de Flore, gdzie Sartre pisał swoje eseje o egzystencjalizmie; albo jeszcze w rzymskiej Antico Caffè Greco, uważanej za pępek świata, która zachwycała lorda Byrona, Schopenhauera, Wagnera, Henry’ego Jamesa, Leopardiego czy, spośród Hiszpanów, Fortuny’ego i Rosalesa.
Dziś już ich nie ma. A kelnerzy nie noszą muszek pod szyją. Po nazwisku zwracają się do nas, co raczej nie brzmi przyjemnie, tylko w lokalach Starbucks. Łatwiej o nawiązanie z kimś więzi na siłowniach, w samolotach albo salonach fryzjerskich, a nie w kawiarniach. W Europie, która z każdym dniem kocha siebie trochę mniej, jest coraz więcej przestrzeni dla zachowań antyspołecznych i coraz więcej pragmatyzmu. Uspołecznienie dokonuje się w Internecie poprzez higieniczną samotność przed ekranem. Nie ma ani kłębów dymu, ani wierszy spisywanych na serwetkach.
W słynnych kafeteriach, jak Canaletes czy Zurych, Europa – gustująca w wyprzedażach, handlu pirackimi płytami CD na ulicy i cyberkafejkach – wybiera nudne bezpieczeństwo.
Ale gdzieś pomiędzy masywnymi kolumnami a café crème na Starym Kontynencie znów wyrasta zieleń. I z popiołów Maja 1968 roku Czerwony Danny – który jako jedyny, według dziennika Libération, mówił o Europie zamiast włączać się w lokalne swary – odradza starą bezkofeinową utopię.
