Decyzja o wstrzymaniu ruchu lotniczego nad Europą nie opiera się na danych empirycznych, lecz na symulacji komputerowej. FAZ przestrzega, że o naszym życiu coraz częściej decydują komputery o olbrzymich mocach przeliczeniowych. Dlatego konieczne jest stworzenie odpowiednich procedur i instancji pozwalających kontrolować i rewidować sądy o naszej rzeczywistości wydawane przez maszyny.
Klaus Walther, rzecznik Lufthansy, jest w gruncie rzeczy wyznawcą postępu technologicznego. Tym większą uwagę zwracają jego wypowiedzi w sprawie decyzji o zamknięciu przestrzeni powietrznej nad Europą, w których ubolewa nad brakiem intuicji i zdrowego rozsądku. Owszem, puste niebo musi być dlań koszmarem. Jego sprzeciw wobec zakazu lotów ma jednak poniekąd znaczenie przełomowe – to ważny krok naprzód w rodzącej się powoli krytyce wszechobecnej technologii. Być może przyniesie on pewne otrzeźwienie w obecnym, cyfrowym rozdziale historii ludzkości naznaczonym systematycznym ubezwłasnowolnieniem nowoczesnego społeczeństwa przez modele i symulacje.
Naturalnie nie należy zapominać, że linie lotnicze miałyby w zniesieniu zakazu lotów swój interes. Ale przecież Walther nigdy nie dał się poznać jako zwolennik bezwzględnego kapitalizmu, który przedkładałby zyski nad bezpieczeństwo pasażerów. Nawet jeśli z lotnisk nie dobiega dziś warkot silników, warto mieć pełną jasność co do tego, że niewidoczna chmura paraliżująca ruch lotniczy nad naszym kontynentem nie składa się z drobinek pyłu wulkanicznego, lecz z danych komputerowych. Do tego, co dziś jest dziełem wybuchu wulkanu, jutro może dojść wskutek erupcji innego rodzaju, niekoniecznie geologicznej, lecz dajmy na to gospodarczej czy społecznej. Uwierzono symulacji komputerowej i podjęto decyzję o wstrzymaniu lotów, nie bacząc na koszty, które idą w setki milionów euro. Jak potężne będą komputery w przyszłości? O czym decydują już teraz? I za jaką cenę?
Kaskada decyzyjna, która sparaliżowała ruch lotniczy w Europie, nie opiera się na danych empirycznych, pomiarach czy analizach. U jej źródła znajdują się wyniki symulacji komputerowej udostępnionej przez brytyjskie służby meteorologiczne Met Office. Ostrożność władz jest naturalnie w pełni zrozumiała. Któż bowiem byłby gotów wziąć na siebie odpowiedzialność za katastrofę? Nie chodzi o to, by podważać trafność prognoz komputerowych. Należy jednak zwrócić uwagę, że owe prognozy traktowane są niczym fakty wymuszające określone zachowania i decyzje. Nie pozostawiają one miejsca na doświadczenie, intuicję, tudzież na zdrowy rozsądek.
Czy nad Europą są miejsca wolne od pyłu? Czy można wykonać loty próbne? Zbadać skład i grubość chmury? Zebrać dane empiryczne? W odpowiedzi na wszystkie te pytania pada kategoryczne „nie”. Jedna symulacja komputerowa wystarczyła, by wpłynąć na życie milionów ludzi i uziemić Europę. A stało się tak dlatego, gdyż symulacja wytwarza swoje własne algorytmy społeczne. Możliwości działania właściwych instytucji, które posłużyłyby się własną oceną sytuacji, zostają zredukowane do zera. I choć o wszystkim decydują ludzie, faktycznie muszą oni działać niczym algorytmy – na tej samej zasadzie decyzje podejmowane w trakcie kryzysu wywołały szereg reakcji na rynkach finansowych, które były wymuszone jedynie określonymi parametrami.
Nagle wszyscy stajemy się widzami: pasażerowie, piloci, synoptycy i urzędnicy. Ludzka reakcja na automatycznie wytworzoną wersję rzeczywistości przestaje być możliwa. Gdy sytuacja osiąga dostatecznie wysoki stopień dającej się skalkulować złożoności, przestaje istnieć los i przeznaczenie. A gdzie nie ma przeznaczenia, tam wszystko da się sprowadzić do odpowiedzialności prawnej. W razie katastrofy lotniczej symulacja ma zawsze rację. Jak podkreśla matematyk Steve Strogatz, komputery wykonują dziś obliczenia, których prawdziwości nie są w stanie sprawdzić nawet najbardziej genialni uczeni. Prowadzi to do nowego autorytaryzmu. Wygenerowane przez maszyny scenariusze zdarzeń przypominają igrzyska, którym ludzie mogą jedynie sekundować lub je wygwizdać. Ich zrozumienie wykracza jednak poza nasze możliwości, ponieważ nie jesteśmy już w stanie zrekonstruować, jak doszło do ich wytworzenia.
Symulacje mają charakter prognozy. W erze postępującej informatyzacji stosunków społecznych takie prognozy coraz częściej dotyczą nie zjawisk, lecz ludzi. Sąd dla nieletnich na Florydzie ogłosił niedawno, że za pomocą programów komputerowych opracowanych przez IBM zamierza stawiać diagnozę recydywy u młodocianych przestępców. Z tego samego systemu analiz predykcyjnych korzystają już władze sądowe Wielkiej Brytanii.
Analizy prognoz sporządzonych za pomocą Twittera czy wyniki wyszukiwania na stronach Google wykazują wysoki stopień trafności, co sprawia, że są one tak kuszące – i tak niebezpieczne. Być może już niedługo z naukowo potwierdzoną pewnością przewidywać będzie można nie tylko bezpieczeństwo lotów, ale i szanse awansu społecznego, poziom inteligencji czy stan zdrowia. A wtedy wystarczy kilka parametrów, by w nasze życie ingerowały odpowiednie służby nadzorcze. Tak dzieje się już teraz w przedsiębiorstwach i urzędach. W wyniku symulacji dziś utknęły samoloty, jutro utknąć mogą kariery wielu ludzi.
Jedynie niezorientowani w najnowszych zdobyczach techniki mogą jeszcze sądzić, że za sceptycyzmem wobec potęgi modeli komputerowych kryje się tęsknota za dawnymi czasami sprzed rewolucji przemysłowej. W dzisiejszym, skomputeryzowanym świecie naszym celem powinno być stworzenie instancji odwoławczych. Sprzeciw wobec scenariuszy generowanych przez maszyny – o ile jest podbudowany empirią i intuicją – należy natomiast uznać za nadrzędne zadanie stojące przed współczesnym społeczeństwem. Jeśli tego nie zrobimy, już niedługo może się okazać, że paraliż dotknie nie tylko ruchu lotniczego.
