Röyksopp, Sondre Lerche, Kings of Convenience… W nieustannie padającym w Bergen deszczu wyrosły zespoły należące do najbardziej utalentowanych na norweskiej scenie muzycznej. To portowe miasto, pozostające wciąż w cieniu Oslo, pielęgnuje swoją niezależność.
Mieszkańcy Bergen uważają swoje miasto za małą republikę w państwie norweskim. Kiedy nad drewnianymi domkami w pastelowych barwach zapada noc, a za oknem leje, młodzież spotyka się w knajpkach, żeby się bawić. I zawsze się to kończy chóralnym śpiewem: „Bergen nie-pod-ległe! Bergen nie-pod-ległe!”.
Albowiem ich zdaniem Bergen mogłoby być samowystarczalne. Przynajmniej w sprawach muzyki. Dowiodło tego ostatnimi czasy. To nordyckie, deszczowe miasto pokazuje od początku lat 90., że jego aura sprzyja norweskiej muzyce alternatywnej. Światowe sławy, takie jak Röyksopp, Kings of Convenience i Sondre Lerche rozpoczęły swoją muzyczną karierę właśnie w tutejszych klubach.
„Uchodzimy w Norwegii za ludzi bardzo pewnych siebie i jesteśmy ogromnie dumni ze swojego miasta – czasem mamy z tym nawet kłopot. Ale dziś każdy, kto pochodzi z Bergen, ma powód do chluby”, mówi Marius Bembo, który latem 2009 r. stworzył wraz z czterema kolegami z dzieciństwa festiwal Alle til Loddefjord [Wszyscy do Loddefjord], w imprezie tej biorą udział zespoły z przedmieść Bergen, to tam jej czterej pomysłodawcy dorastali.
Festiwal odniósł prawdziwy sukces i przyczynił się do zwrócenia uwagi na dzielnicę cieszącą się dotąd złą sławą. I rzeczywiście w Lodderfjord przestępczość jest wyższa niż w pozostałych częściach kraju, a wśród ciągnących się w nieskończoność rzędów szarych betonowych domów wieje nudą. Mieszkają tu najbiedniejsi, w tym imigranci, królują narkotyki i alkohol, dzieci mają kłopoty z nauką. Mimo to, a może właśnie dlatego, w tym ponurym miejscu narodziło się parę najciekawszych talentów norweskiej sceny muzycznej – młody rapper Lars Vaular, grupa rockowa Fjorden Baby i John Olav Nilsen, który najpierw był najlepszym bardem w mieście, a niedługo potem założył własną kapelę – Gjengen. I kapela ta szybko trafiła na pierwsze miejsca list przebojów i oczarowała krytyków pełną wigoru, porywającą mieszanką muzyki rockowej, soulowej, popowej i punkowej, którą jej twórca nazywa ulicznym popem.
Historia Johna Olava Nilsena to pod wieloma względami typowa historia człowieka marginesu. Przez całe dzieciństwo i młodość rządził na ulicy. To od niego uczyły się dzieci imigrantów pierwszych norweskich przekleństw. Jeszcze do niedawna znany był w nocnych klubach Bergen jako awanturnik skłonny do pijatyk i do bójek. Teraz mieszka w apartamencie w Bergen, ale czuje się mocno związany z blokowiskami Lodderfjord. „Są tacy, których fascynują diamenty, ja tam wolę tłuc butelki na chodniku”, śpiewa w piosence „Diamenty i czereśnie”. Urok jego rodzinnej dzielnicy polega, jak mówi, na tym, że spod przytłaczającej szpetoty i nieszczęścia można wydobyć trochę piękna.
Bergen jest pod wieloma względami młodszym, zbuntowanym bratem Oslo i stara się robić wszystko na odwrót. W stolicy piosenkarze śpiewają po angielsku, w Bergen wolą to robić w tutejszym dialekcie. „Śpiewam o rzeczach, które leżą mi na sercu, mogę to robić tylko we własnym języku” – tłumaczy John Olav Nilsen.
Tutaj nawet deszcz okazuje się atutem. W Bergen, średnio biorąc, 235 dni jest deszczowych – każdego roku spada na mieszkańców 2 250 mm wody. Ta ilość opadów może się wydawać przygnębiająca, ale Marius Bembo uważa, że ona twórcom sprzyja.
