Kryzys zadłużeniowy: Cienie dawnych partii
4 czerwca 2012
Frankfurter Allgemeine Zeitung
Frankfurt
W Europie postępuje rozkład partii politycznych. Niezależnie od głoszonych przez nie ideologii łączy je jedno. Wszystkie działają wyłącznie w interesie emerytów i z uśmiechem na twarzy obiecują zyski z wcześniejszych lat, z których już dawno nic nie zostało.
Od dawna wiadomo, że kryzys, który w Europie tak naprawdę ledwie się zaczął, to już nie tylko problemy ze wspólną walutą i ich katastrofalne skutki dla poszczególnych gospodarek. W marazm popadła również fundamentalna instancja współczesnej demokracji, jaką są partie polityczne. To, że na przestrzeni ostatnich dwóch lat upadały kolejne europejskie rządy od Słowacji po Portugalię, i to niezależnie od barw politycznych, jest symptomem choroby całego systemu. Zasady gospodarki wygrały z prawem, zgodnie z którym polityczny wybór powstaje w wyniku rywalizacji sił politycznych.
Najwyraźniej można to odczuć w Grecji. W kraju będącym kolebką demokracji już wkrótce odbędą się wybory, których wynik jest całkowicie nieistotny. Żadna partia nie odważyła się bowiem zawrzeć w swoim programie jedynego istotnego dziś punktu, jakim jest postulat wystąpienia ze strefy euro (a może nawet z UE), który utorowałby drogę do bankructwa. Partie stają do boju niczym cienie swoich dawnych ideologii, niczym zombie z czasów, gdy było jeszcze coś do podziału.
Tradycyjne ugrupowania polityczne, które w wielu przypadkach urosły w siłę po wojnie, w okresie biedy, najwyraźniej nie radzą sobie z obecnym deficytem pieniędzy. Weźmy na przykład Włochy. Silvio Berlusconi, miliarder i trybun ludowy w jednej osobie, musiał pożegnać się z urzędem premiera ze względu na wysokie zadłużenie kraju. Mylił się ten, kto sądził, że powstałą lukę wypełnią lewicowe partie opozycyjne.
Cała kasta polityków skapitulowała, a wdrożenie programu oszczędnościowego powierzyła zewnętrznemu „rządowi ekspertów”. Przedstawiciele umiarkowanych środowisk gospodarczych obawiają się, że po następnych wyborach stery władzy przejmie najdroższa klasa polityczna na świecie, która ponownie zaprowadzi kraj na skraj przepaści.
Do tej pory mieszkańcy Starego Kontynentu stosowali metodę chowania głowy w piasek, żywiąc nadzieję, że wszelkie problemy miną, i znowu, jak dawniej, będzie miło i przyjemnie. Nie dostrzegają, że finansowane za pomocą kredytów państwo opiekuńcze to słodka trucizna.
Decydują Henk i Ingrid
Najlepiej można przekonać się o tym w samym sercu Europy, we Francji. Nowo wybrany prezydent François Hollande zdobył decydujące głosy wyłącznie dzięki obietnicy wzrostu gospodarczego. Obiecał więcej wydatków na cele społeczne, większą liczbę urzędników, a na domiar złego wcześniejszą emeryturę – uosobienie europejskiej utopii.
Cały świat spogląda teraz na Niemcy, które uchodzą za jedyny wypłacalny kraj. Ale to tylko pozory. Na wypłatę niemieckich emerytur od dawna zaciągane są kredyty.
Partie działają całkowicie nieodpowiedzialnie, ale w ich zachowaniu jest pewna logika. Jeśli ktoś chce wygrać wybory, musi dalej kłamać. Holenderski populista Geert Wilders odszedł niedawno od islamofobicznej retoryki. Teraz na muszkę wziął utracjuszy w Brukseli i euro. Chwali natomiast stary dobry model państwa opiekuńczego, którego beneficjentami są biali, starzejący się Holendrzy. Henk i Ingrid – mówi o nich w swoich wystąpieniach Wilders.
To właśnie Henk i Ingrid oraz miliony mieszkających w Europie emerytów i urzędników decydują o wyniku wszystkich wyborów. Lepiej, żeby ich cięcia nie dotyczyły.
Gdy ostatnio w Austrii dwie największe partie obradowały za zamkniętymi drzwiami nad rozwiązaniem, które pozwoliłoby uzyskać pieniądze na wypłatę emerytur, okazało się, że mają one ogromny problem, by osiągnąć porozumienie. Jedyne, co udało im się wprowadzić, to opłaty semestralne dla studentów i ograniczenia przy wypłacie zasiłku rodzinnego. Przyjęte środki uderzyły zatem akurat w tych, którzy powinni być odciążeni, ponieważ to na ich barkach spoczywa przyszłość państwa socjalnego.
Rządy seniorów
W rzeczywistości tradycyjnymi partiami europejskimi nie rządzą ich przewodniczący, a najstarsi ich członkowie – seniorzy. To oni, począwszy od tłustych lat 70., decydowali o redystrybucji zysków. Teraz chcą towarzyszyć swojej starszawej klienteli na emeryturze.
To nie przypadek, że po dziesięcioleciach socjalizmu, ekologizmu i europeizmu jedyne, czego życzą sobie ludzie, również ci młodzi, jedyna utopia, w jaką wierzą, to praca w sektorze publicznym. Młodzi wyborcy Hollande’a żądają od państwa miejsc pracy, a nie reform strukturalnych.
A z kolei niemieccy Piraci domagają się minimalnego dochodu podstawowego dla każdego obywatela za nicnierobienie i swobodnego korzystania z treści w Internecie, które artyści powinni udostępniać za darmo.
Te partie polityczne, które na kryzysie korzystają, śpiewają razem: „Nasze pieniądze dla naszych ludzi”, co oznacza – wasze kredyty dla naszych ludzi.
Partie polityczne, którym kiedyś przyświecały takie hasła jak solidarność i które miały wolę dotarcia do wszystkich obywateli, to już przeszłość. To, co dziś obserwujemy, to rywalizacja populistycznych chciwców i szantażystów. Europę można by porównać do przydomowego ogródka emeryta, który w razie potrzeby gotów jest go bronić nawet przy użyciu broni.
W Grecji i we Włoszech potężne niegdyś nurty, jak choćby socjaldemokracja, same odebrały sobie wiarygodność, ponieważ reprezentują interesy wyłącznie związkowców i pracowników sektora publicznego. Z kręgu zainteresowań lewicy całkowicie zniknęły problemy imigrantów, młodzieży, bezrobotnych i osób, które wcześnie zakończyły edukację.
Polityka redystrybucji zysku
W Holandii i Francji spadają natomiast notowania chrześcijańskich demokratów. Ich starzejącemu się elektoratowi mieszkającemu głównie w małych miastach i wsiach zdecydowanie bardziej podoba się wizja, jaką roztaczają przed nimi prawicowi populiści.
Dopóki Europejczycy w dalszym ciągu będą przekonani, że polityka, na wzór minionych dziesięcioleci, polega wyłącznie na redystrybucji zysku, na poprawę sytuacji nie ma co liczyć.
A dokąd prowadzi obecna polityka partyjna? W Grecji już przed wyborami wiadomo, że ich wynik nie będzie miał znaczenia. Tu i tak rządzi panika. We Włoszech umiarkowane elity mają uzasadnione obawy przed powrotem klasy politycznej, która na niczym nie chce oszczędzać, a już zwłaszcza na własnych przywilejach. We Francji zwyciężyli merkantylistyczni zwolennicy redystrybucji bogactwa. Belgia ma za sobą długi kryzys rządowy, i teraz, bez kredytów i bez reform, zmierza w kierunku powtórzenia tego stanu. W Holandii, która żyje z Europy, już wkrótce dwie z trzech największych partii sprzeciwią się dzisiejszemu modelowi Europy i euro. W Hiszpanii, Portugalii i Irlandii, gdzie bezrobocie wśród młodych ludzi wynosi ponad 30 procent, również nie ma znaczenia, kto rządzi krajem pogrążonym w głębokim kryzysie.
Pewnego dnia Europejczycy będą musieli sobie uświadomić, że problemem, przed którym uciekają, wcale nie są złe programy partyjne, a oni sami. Ciekawe, co pozostanie po systemie partyjnym, gdy ten dzień nadejdzie.
Tłumaczenie - Marlena Cichoń