Kultura i debaty Idee

Kryzys w strefie euro: Naród nowym wrogiem

24 kwietnia 2012
Frankfurter Rundschau Frankfurt

Vazquez

Widmo krąży po Europie – widmo nadmiaru demokracji. Do tej pory zastępy bezrobotnych i biednych bez cienia sprzeciwu przyjmowały decyzje możnych tego świata. Ale co, jeśli zmienią taktykę? Nadmiar demokracji może pokrzyżować plany i politykom, i rekinom finansjery.

Kryzys w strefie euro osłabł. Wielomiliardowe kredyty z Europejskiego Banku Centralnego kojąco podziałały na rynki finansowe. Ale teraz pojawiło się nowe niebezpieczeństwo. Mowa o demokracji. „Wybory we Francji i Grecji oraz referendum w Irlandii budzą niepokój wśród inwestorów, przedsiębiorców i konsumentów”, twierdzi Elga Bartsch z amerykańskiego banku inwestycyjnego Morgan Stanley.

Państwa członkowskie strefy euro wymagają dużych wyrzeczeń od swoich społeczeństw. Chcąc wzmocnić zaufanie rynków finansowych, redukują aparaty urzędnicze, podnoszą podatki, tną budżety i zmniejszają emerytury. Ale to nie wszystko. Aby zwiększyć swoją konkurencyjność na arenie międzynarodowej, obniżają poziom płac, liberalizują zasady ochrony przed zwolnieniem i pozbawiają władzy związki zawodowe. Coraz więcej osób zasila szeregi bezrobotnych. W Grecji i Hiszpanii już połowa czynnych zawodowo młodych ludzi jest bez pracy.

„Największym zagrożeniem dla Europy nie jest wcale wzrost oprocentowania państwowych obligacji, a kryzys polityczny i społeczny, będący wynikiem dramatycznego wzrostu bezrobocia”, przekonuje Patrick Artus, ekonomista z francuskiego banku Natixis.

Zgodnie z zasadami demokracji, w regularnych odstępach czasu, ci, w których kryzys uderzył najmocniej, mają prawo wystawić ocenę rządzącym. Ta możliwość sprawia, że na rynkach pojawia się niepewność. Dlatego też w minionych miesiącach politycy przedsięwzięli kroki w celu „zneutralizowania” woli wyborców. W listopadzie zablokowano w Grecji referendum w sprawie programu oszczędnościowego. Niemcy i Francja nie owijały w bawełnę. W przypadku sprzeciwu Greków, państwu groziłoby wkluczenie ze strefy euro.

Spowolnić tempo zaciskania pasa

W Grecji i Włoszech kryzys zmusił do dymisji premierów wybranych w demokratycznych wyborach. Na ich miejscu pojawiły się rządy technokratów, niewybranych przez społeczeństwo, a w związku z tym całkowicie niezależnych od jego woli.

„W dobie kryzysu w polityce mamy do czynienia z permanentnym zamachem stanu”, komentuje obecną sytuację profesor literatury Joseph Vogl. Jego zdaniem najważniejsze decyzje polityczne zapadają na nieformalnych spotkaniach bankowców i polityków. „Przypomina to czasy ZSRR”, podsumowuje Vogl.

Zdarza się jednak, że o zdanie trzeba zapytać naród. Pod koniec maja w Irlandii odbędzie się referendum w sprawie przystąpienia kraju do paktu fiskalnego. Ale dużego wyboru Irlandczycy nie mają. Sytuacja państwa zależna jest od pieniędzy przyznawanych z mechanizmu pomocy finansowej. A te będą płynęły do kraju tylko wtedy, gdy Irlandia do paktu przystąpi.

Kolejnym przykładem jest Grecja. Na początku maja Grecy wybierać będą parlament. Aby program oszczędnościowy nie został odrzucony przez społeczeństwo, prawdopodobni zwycięzcy – PASOK i Nowa Demokracja – musieli zobowiązać się do dalszych reform. Problem jednak w tym, że w siłę rosną małe partie opozycyjne. To zaś budzi niepokój wśród inwestorów, którym spory polityczne nie są na rękę.

Wreszcie w niedzielę odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji, w których socjalista François Hollande pokonał obecnego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego. Hollande chce podnieść podatki dla najbogatszych, spowolnić tempo zaciskania pasa i renegocjować pakt fiskalny. Na reakcje rynków nie trzeba długo czekać. W czwartek odnotowano wzrost oprocentowania francuskich obligacji państwowych.

Wolność rynków kontra wolność demokracji

Natomiast Sarkozy obiecuje Francuzom reformy. Wprawdzie taka polityka równoznaczna jest z poświęceniem ze strony społeczeństwa, ale prezydent ostrzega: „w przeciwnym razie będziemy mięć drugą Grecję lub Hiszpanię”. Innymi słowy, teoretycznie Francuzi mają wybór, ale praktycznie – nie mają żadnego.  

„Mówi się, że brakuje alternatywy. Ale to tak, jakby zakazać ludziom myśleć”, nie kryje oburzenia Ulrich Thielemann, który zajmuje się etyką w biznesie. „Jeśli nie można mówić o alternatywnych rozwiązaniach, to jest to koniec demokracji. Formalnie ludzie dalej będą chodzić do urn, ale co z tego, skoro pozbawia się ich możliwości dokonania faktycznego wyboru i skazuje na aprobatę obecnej polityki. To demokracja, w której naród może tylko jedno – milcząco potakiwać głową”.

Zdaniem etyka władzę odbierają narodowi rynki, które decydują o przyznaniu kredytów. „To utrata suwerenności”, konkluduje Thielemann. Polityka kłania się przed rynkami. „A przecież kapitał, o który tak rozpaczliwie musi dziś prosić, mogłaby zdobyć w dużo prostszy sposób – przez podatki”, dodaje etyk.

Wolność rynków stoi w sprzeczności z wolnością demokracji, uważa Thielemann. „Jeżeli jedynym celem państwa jest zwiększenie konkurencyjności, to naród zostaje pozbawiony możliwości zadania najważniejszego w demokracji pytania: Jak chcemy żyć?”.

Tłumaczenie - Marlena Cichoń