Strefa euro: Grecja idzie na emeryturę
9 lutego 2012
To Vima
Ateny
Zgodzić się na nowe posunięcia oszczędnościowe albo narazić się na niebezpieczeństwo opuszczenia strefy euro – przed taką oto alternatywą stają Ateny w dniu, gdy odbywa się spotkanie eurogrupy. Takiej sytuacji greccy politycy nie potrafili uniknąć, ubolewa To Vima.
W tych dramatycznych chwilach, które przeżywamy od wczorajszego popołudnia [8 lutego] i przez całą noc, Grecja nie mogła się poddać, jak oczekiwano, szantażowi ze strony swoich wierzycieli. Partie powiedziały a priori „na wszystko zgoda”, z wyjątkiem obniżenia emerytur. W tej kwestii wierzyciele dają nam, jak można podejrzewać, więcej czasu na znalezienie równoważnych celów, ale faktycznie ultimatum „trójki” zostało przyjęte.
Grecja walczyła o emerytury i w całym tym chaosie ma to jakąś wartość. A chaos wygląda tak – dodatkowa recesja spowodowana tymi nowymi środkami nie została wzięta w rachubę. Tymczasem w styczniu załamały się dochody, nie udaje się osiągnąć strukturalnych celów [w zakresie redukcji deficytu], podobnie jak nie ma już społecznej tolerancji, pokoju społecznego i rozwoju.
A i tak nasza obecność w strefie wspólnej waluty pozostaje zagrożona, podobnie jak wcześniej, jeżeli nawet nie bardziej. Nic nie jest zagwarantowane z tego prostego powodu, że wszystko, co się wydarzy, będzie obliczone wyłącznie na spłatę zadłużenia, a nie realizację celu, jakim jest pozostanie Grecji w eurolandzie. I właśnie to jest piętą achillesową tych negocjacji.
Gasnąca nadzieja na zobaczenie światełka w tunelu
Tak oto, w gruncie rzeczy, Grecja sama przechodzi na emeryturę. Stanie się to po tym, jak partyjni liderzy podpiszą się pod środkami oszczędnościowymi, a wszystko to zostanie przegłosowane w parlamencie, wówczas nasza narodowa suwerenność straci sens. Możliwe staje się narzucenie nam dowolnej polityki, a polityczne przemiany bez względu na ich kształt prowadzą nas do impasu charakteryzującego się gwałtownym wzrostem konkurencyjności. Ale nie w greckiej gospodarce. Chodzi o współzawodnictwo między społeczeństwem a jego polityczną reprezentacją, pomiędzy recesją a nadzieją na ożywienie, która zresztą właśnie umiera.
Kraj wydaje się zmierzać ku okresowi przypominającemu lata międzywojenne, co zmniejsza nadzieję na to, że uda się jeszcze „zobaczyć światełko w tunelu”. Nie przeprowadziwszy z sukcesem, z tego, co się słyszy, którejkolwiek z podjętych w kraju reform, doszliśmy do podważenia naszego miejsca w strefie wspólnej waluty i będzie to dalej trwać, bo restrykcje będą się raczej zwiększać, a nie zmniejszać.
Pozostać bez względu na to, co by się nie wydarzyło, w strefie euro, żeby nie zrujnować społeczeństwa. Oto jedyna rzecz, którą nasi przywódcy powinni byli wynegocjować. I jest to jedyna rzecz, o której nie wspomniał minister finansów, wyjeżdżając na spotkanie eurogrupy [9 lutego].
Jadę do Brukseli w nadziei, że odbędzie się posiedzenie eurogrupy i że wyniknie z tego pozytywna decyzja w kwestii programu [pomocy finansowej]. Utrzymanie kraju przy życiu w najbliższych latach zależy od tego, czy będzie finansowanie i zmniejszenie długu, czy nie będzie. Od tego uzależnione jest miejsce kraju w strefie euro, a nawet jego miejsce w Europie.
Ale on jako jedyny to mówi. A rzeczywistość wskazuje na coś przeciwnego.