Londyn zamierza bardziej zaangażować się w sprawy europejskie. Już choćby dzięki temu, że Tony Blair i David Miliband to potencjalni kandydaci na najwyższe urzędy Unii. Jednakże, jak twierdzi Mary Dejevsky na łamach The Independent, konserwatysta David Cameron może powstrzymać ten trend, jeszcze zanim nabierze on istotnego znaczenia.
Jakiś tydzień temu siedziałam w londyńskim think-tanku, z otwartymi ze zdumienia ustami słuchając, jak kolejni mówcy metodycznie zbijali argumenty przemawiające na rzecz „specjalnych stosunków” pomiędzy Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi. W skrócie brzmiało to tak: Wielka Brytania musi pogodzić się z faktem, że jest potęgą średniego formatu, która ani wielkością, ani bogactwem, ani też wpływami nie może równać się z Ameryką. A to dlatego, że USA mają ambicje na skalę globalną, a poza tym na horyzoncie pojawiają się jeszcze Chiny. Brytyjskie możliwości militarne i nie tylko militarne, zostałyby wypaczone – ze szkodą dla nas – gdybyśmy starali się dorównać Stanom. Na dodatek gdybyśmy nasze interesy narodowe z definicji uważali za bliskie amerykańskim, musielibyśmy zmieniać naszą politykę zagraniczną za każdym razem, kiedy do Waszyngtonu przychodzi nowa administracja, choć u nas rząd pozostawałby ten sam. Wniosek z dyskusji był taki, że nasza przyszła polityka zagraniczna i obronna powinna zostać dopasowana raczej do warunków Unii Europejskiej, a na razie trzeba jakoś pogodzić członkostwo w NATO i w Unii.
Miejsce Wielkiej Brytanii jest w UE
Moje zdumienie było jednak jedynie w części reakcją na argumenty padające z mównicy – bo te były przekonywające. Tak naprawdę dziwiła mnie publiczność, bogata w doświadczenia frontowe i dyplomatyczne i na tyle wiekowa, by zgadzać się z założeniami idei atlantyckiej. Tymczasem nikt nie zaprotestował przeciwko opinii, że Wielka Brytania nie tylko musi mierzyć siły na zamiary, ale w celu wzmocnienia własnej obronności i polityki zagranicznej powinna być częścią jakiejś większej struktury – i najlepiej, żeby tą strukturą była jednak Unia Europejska.
W ciągu kilku godzin zarżnięto bez litości prawie wszystkie święte krowy ‒ od moralnej odpowiedzialności Wielkiej Brytanii za angażowanie się w interwencje wojskowe na całym świecie po wydatki na system rakiet nuklearnych Trident. Nasze zaangażowanie w Iraku i Afganistanie zostało przedstawione nie jako demonstracja naszych wpływów, ale jako doświadczenie pokazujące, jak wygląda prawda o naszych [ograniczonych] możliwościach.
Bliżej do Europy, dalej od Ameryki
Niemniej trudno było ocenić, do jakiego stopnia ta rewizja brytyjskich relacji z resztą świata przyjęta zostanie przez najważniejsze osoby w rządzie. Do wczoraj. Wczoraj bowiem David Miliband wygłosił przemówienie najbardziej przyjazne Unii Europejskiej – i najchłodniejsze wobec idei atlantyckiej – jakie kiedykolwiek wygłosił jakikolwiek minister od czasu, kiedy 12 lat temu laburzyści przejęli władzę.
Mówiąc o tym, że Wielka Brytania powinna kształtować swą politykę zagraniczną zgodnie z interesami Unii Europejskiej, David Miliband skutecznie pogrzebał „specjalne stosunki” z Ameryką. Twierdził, co prawda, że Europa nie zastąpi Wielkiej Brytanii partnerstwa ze Stanami Zjednoczonymi, ale z reszty jego wypowiedzi wynikały wnioski przeciwne. USA to jeszcze jedna wielka potęga, a Europa, jak przekonywał minister, „to nasz kontynent”.
Spóźnione europejskie sympatie
Tragiczny jest oczywiście fakt, że dopiero kiedy rząd zaczyna tracić władzę, to – przynajmniej w osobie ministra spraw zagranicznych – odkrywa w sobie kontynentalnego Europejczyka. I podczas gdy przemówienie Davida Milibanda mogło wynikać bardziej z apetytu na wysokie stanowisko w Unii niż być wyrazem zmiany polityki gabinetu, tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Wydaje się, że oglądamy spektakl fatalnego nietrafienia we właściwy moment.
Nawet kiedy przeważająca liczba naszych dyplomatów i władz wojskowych akceptuje Europę jako logiczną arenę brytyjskich wpływów, wydaje się, że gotowi jesteśmy wybrać najbardziej eurosceptyczny rząd od chwili naszego przystąpienia do Unii. W czasach, kiedy Wielka Brytania mogłaby dołączyć do europejskiego mainstreamu, David Cameron płynie pod prąd historii, a jego jedyni zwolennicy stanowią margines. Pocieszeniem dla brytyjskich zwolenników Unii Europejskiej może być fakt, że zanim David Cameron na dobre wyruszy przeciw Brukseli, będzie już jechał pustym pociągiem.
